Leon Wyczółkowski

17 VIII 2020

Wszystkoizmem określa się działania tych, którzy zamiast pokornie trwać w jednym i doskonalić się latami, zabierają się za wiele. Problemem oceniających było jednak to, że mistrz, za co się nie brał, robił to dobrze. Olej, pastele, ołówek, miniatury, monumenty, grafiki, nic z tych rzeczy nie było mu obce, bo potrafił, mógł i chciał.

1869 — Jestem zdolny i udowodnię to wam

Leon Wyczółkowski dał poznać swój talent w wyjątkowo młodym wieku. Mistrzowie krakowskiego akademizmu z nadzieją spoglądali na zdolnego ucznia, widząc w nim kontynuatora dzieła Matejki czy Gersona. Jednak ten, zamiast malować kolejne chwile chwały narodu, wyszukiwał tematów wręcz niepoważnych, okraszając na dodatek swe dzieła takimi tytułami jak „Obrazek jakich wiele”. A były to dzieła, znakomicie oddające postaci, twarze, kolorystycznie określone, ciągnięte ręką pewną i zdecydowaną.

„Ujrzałem raz (Scena przy fortepianie)”, 1884
„W buduarze”, 1885
„Obrazek jakich wiele”, 1883

W końcu Wyczółkowski postanowił rozliczyć się z historyzmem i swoimi nauczycielami, malując własnego Stańczyka. Ten jednak był błaznem zrezygnowanym, przyglądającym się już tylko kukiełkom powyciąganym ze skrzyni. A może właśnie je tam chował, zamykając rozdział kolejnych powstań i upadków? Faktem jest, że jak sam stwierdził „Matejkę szanował, lecz nie po drodze mu było”.

„Stańczyk”, 1898

Jak wielu wtedy malarzy, Wyczółkowski odwiedził miejsce narodzin impresjonizmu. I jak wielu młodych, zaczerpnął stamtąd, lecz nie kopiując bezrefleksyjnie świateł mistrzów, a tworząc syntezę własną. Przyjrzyjmy się pewnej serii.

„Autoportret z paletą”, 1896

„Grę w krokieta” tworzą trzy obrazy i kilka szkiców. Już sam temat, obcy dla rzeczywistości lokalnej, sugeruje iż to co teraz się pojawi, będzie czymś, co samo z siebie nigdy tutaj pojawić by się nie mogło. I już pierwszy obraz zamiast szczegółowych, wręcz fotograficznych elementów, składa się z plam, z które przede wszystkim mówią do widza kolorem. Twarze to jedynie zarysy ust i oczu, a wzrok nasz skupia się na ognistych barwach zachodzącego słońca.

„Gra w krokieta”, 1892

Drugi z obrazów, w którym bohaterka drugiego planu poprzedniego płótna przystępuje do gry, zawiera charakterystyczne wypalone światła, będące swego rodzaju awangardą.

„Gra w krokieta”, 1892-1895

Lecz dopiero trzeci obraz, bliźniaczo do niego podobny, szokuje wręcz rozpalonymi barwami. Postaci otacza aureola niezwykle mocnych świateł.

„Gra w krokieta”, 1895

Tak więc Wyczółkowski, po krótkim okresie ukazywania swojego talentu warsztatowego, postanowił zerwać z tradycją, ale właśnie dzięki chwilom realizmu w swej twórczości nikt nie mógł mu zarzucić braku zdolności nadrabianej efekciarstwem.

„Wesołe pacholęta”, 1891

1880 — Od Rembrandta do samego siebie

Zapewne z prozaicznych powodów — finansowych, ale nie tylko, Wyczółkowski portretował. A robił to doskonale. Na początku bardzo klasycznie, wzorując się głównie na mistrzach holenderskich. Używał nawet tych samych farb, a do oprawiania swych obrazów wyszukiwał oryginalnych ram. Wraz z zanurzaniem się w coraz odważniejsze poszukiwania, zmieniał technikę, subtelnie albo wręcz rewolucyjnie, ale nie dla samej formy, lecz zawsze w służbie charakteru portretowanej postaci. Spójrzmy w kilka twarzy.

„Studium Włoszki”, 1876
„Stara kobieta w czepcu”, 1876
„Portret Kunegundy Falińskiej”, 1880
„Portret Antoniego Kurzawy, rzeźbiarza”, 1890
„Portret dr Ludwika Rydygiera z asystentami”, 1897

Oto piękna Irena Solska. Delikatność rysów i kształtów mistrz oddał miękką, subtelną kreską, sprawiającą wrażenie mieniącej się w oświetlonej słońcem wodzie kolorowej ławicy.

„Portret Ireny Solskiej”, 1899

Pani Natalia Dunin, odchylona niczym wiatrem, pozbawiona została barw na rzecz tysięcy kresek, układających się zgodnie z niewidocznym podmuchem, przypominających nieco pióra, nieco łuski. W tym pozornym chaosie zarys twarzy jest konkretny i wyraźny.

„Portret Natalii Siennickiej–Duninowej”, 1903

A oto Józef Chełmoński i jego broda, która przejęła tworzywo, stając się twarzą i całą postacią. Ołówkowe włosy tworzą wszystko co tylko można znaleźć na tym rysunku, a charakter postaci oddany jest tutaj znakomicie.

„Portret Józefa Chełmońskiego”, 1903

Jacek Malczewski wygląda inaczej niż na autoportretach. Nie jest to już postać wyniosła, a trochę zagubiona, nieokreślona do końca, wręcz niedokończona. Ten wydawałoby się stworzony naprędce i zgrubnie tylko portret jest jednak bardzo czytelny i na ile znamy bohatera rysunku — trafnie oddaje charakter postaci.

„Portret Jacka Malczewskiego”, 1903

Z pewnością najłatwiej było mistrzowi eksperymentować na sobie. Choć eksperyment jest tu słowem niewłaściwym. Każdy z autoportretów jest celem zamierzonym i ukazuje jakąś część duszy malarza. Jeśli kolor — to nieoczywisty, przybrudzony. Jeśli już zdecydowanie ograniczony do wąskiej palety — to wraz z bardzo silną fakturą plam. I tutaj znalazło się miejsce dla gry świateł z serii krokietowych, a także dla człowieka starego, wtapiającego się w coraz mniej czytelne tło.

„Portret własny”, 1899
„Portret własny”, 1906
„Autoportret”, 1926
„Autoportret”, 1928

Nie zabrakło też żartu. Oto pompatyczny Wyczółkowski w chińskim kaftanie, nieprzystającym do wizerunku szanowanego profesora sztuk pięknych w szczycie sławy. Lecz mistrz niewiele sobie robił z tego, co wypada, a co nie.

„Autoportret w chińskiej szacie męskiej półoficjalnej longpao”, 1911

W portretach, zwłaszcza rysowanych naprędce, charakterystyczne jest to, iż twarz zawsze stanowi trzon obrazu i wyróżnia się szczegółowością i zaangażowaniem artysty. Nieraz pozostałe detale bywały jedynie zaznaczone pojedynczą kreską, natomiast twarz była dopracowana do poziomu nie pozostawiającego nawet odrobiny niedosytu.

„Hucuł w baraniej czapie”, 1911
„Chłop wiążący sieci”, 1912
„Portret Feliksa Jasieńskiego w barankowej czapie”, 1913
„Portret chorążego Józefa Mączki”, 1916-1919
„Portret doktora Koscha”, 1917
„Portret Józefa Aleksandra Gałuszki”, 1925

1883 — Na wschodzie

Wśród niezliczonych podróży istotne dla twórczości mistrza były wyprawy na Ukrainę. Wyczółkowski korzystał tu ze swego warsztatu, balansując między realizmem, a subiektywnymi wrażeniami budowanymi światłem i barwą, z którymi autor świetnie sobie już folgował.

„Kopanie buraków”, 1893
„Kopanie buraków”, 1893
„Kopanie buraków”, 1903
„Kopanie buraków”, 1911
„Kopanie buraków”, 1911

„Rybaków” chyba każdy zna, bowiem reprodukcje te wiszą w wielu domach. Urzeka ten obraz paletą, która jest jednocześnie oszczędna i niezwykle bogata w przedziale, którą owa oszczędność wstępnie wyznaczyła. Ale drugą cechą rzucającą się w oczy są całe zespoły ostrych kresek, które w opozycji do typowych dla takich kadrów plam stosowanych zwykle przez malarzy, pozwalają wręcz słyszeć ocierające się o siebie trzciny i kapiącą wodę z szuwarów wplątanych w sieci.

„Rybacy”, 1891

Seria rybaków skąpana jest w niskim słońcu i mieni się ciepłem, które dopełnia się z zielenią tła obrazów, tworząc wspomniany, ograniczony zestaw barw, lecz z olbrzymią ilością odcieni pośrednich.

„Rybacy”, 1891

Kolejny „Rybak”, jak wspomniany ostatni „Krokiet”, parzy wręcz światłem ostatnich promieni słońca, a cień rysujący się na plecach postaci otwiera bramę do brakujących barw, przez co obraz zawiera pełną ich paletę, pogrupowaną w naturalnym porządku.

„Rybak”, 1911
„Rybak niosący raki”, 1889

Wyczółkowski wielokrotnie podchodził do tematów, które sobie wybierał. „Orka” za każdym razem urzekała innymi barwami, aż do wręcz niemożliwego zestawienia żółci i ultramaryny. A tej mistrz nie żałował i w „Siewcy” stanowi barwę zasadniczą.

„Orka na Ukrainie”, 1892
„Orka na Ukrainie”, 1892
„Orka na Ukrainie”, 1903
„Siewca”, 1896

Z wypraw autor przywoził nie tylko oleje, ale także naprędce stworzone rysunki. Wydają się być szkicami tworzonymi w minutę, kilkoma pociągnięciami ołówka, lecz takich pociągnięć można tylko zazdrościć. Możemy założyć, że gdyby autor dożył epoki komiksu, zapisałby się tam złotymi zgłoskami.

„Hucuł zanurza sieć w rzece”, 1910
„Wiatrak”, 1912
„Wiatrak”, 1912
„Kopanie buraków”, 1912
„Wieś rybacka, łodzie i sieci”, 1912

1898 — W górach i w lesie

Miłośnicy Tatr z pewnością kojarzą Wyczółkowskiego ze słynnym Mnichem. Mistrz koloru nie dał się zwieść temu, przed czym broni się człowiek widząc purpury i rudości skał i oddał barwy takich właśnie grani, mokrych i zamglonych. Obraz ten rozpalał wyobraźnię, tworząc baśnie, zwłaszcza wśród tych, którzy nigdy Tatr nie widzieli. A w przełomie wieków bywali tam jedynie nieliczni pionierzy, którzy najpierw musieli zmierzyć się z niewygodami podróży do dopiero rodzącego się Zakopanego, a potem wyznaczać sobie nieistniejące jeszcze szlaki.

„Mnich nad Morskim Okiem”, 1904
„Mnich”, 1904
„Zamieć u stóp Mnicha”, 1904
„U Wrót Chałubińskiego”, 1905
„Giewont o zachodzie”, 1898
„Czarny Staw rankiem”, 1905
„Czarny Staw o zmierzchu”, 1906
„Las pod śniegiem”, 1906
„Suche mgły”, 1906

Szaleństwo barw niespotykanych nigdzie indziej pojawiało się w wielu obrazach. I jak w mało których kadrach, możemy tam rozpoznać znajome kształty, gdyż Tatry nie zmieniły się w przeciwieństwie do ukraińskich równin czy zaułków polskich miast.

„Tatry”, 1911
„Widok z Kozińca, Zakopane w śniegu”, 1905
„Morskie Oko”, 1905
„Morskie Oko”, 1909
„Drzewo”, 1915

Fascynowały, nie tylko Wyczółkowskiego, plenery, ale i ludzie gór. Oddał mistrz znakomicie surowość klimatu i życia odciśniętego na twarzach malowanych Górali, których wtedy losy niczym nie przypominały dzisiejszych.

„Portret Szymona Tatara (Góral, Gazda Zakopiański)”, 1904
„Szymon Tatar (Głowa górala z fajką)”, 1906
„Szymon Tatar z Zakopanego (Baca)”, 1908
„Wdowa po Giewoncie”, 1899

Mniej więcej po pierwszej wojnie światowej Wyczółkowski skupił się na grafikach. Bywał tam gościem wcześniej, lecz w końcu to stało się jego główną przestrzenią, pozwalając mu tworzyć więcej. A był to człowiek spełniony, który nie kierował się modą, lecz własnymi pragnieniami.

„Cmentarz”, 1916-1919
„Pnie świerków z plątaniną suchych gałązek”, 1923
„Suche świerki w puszczy (Las)”, 1922
„Dwa modrzewie w śniegu”, 1928
„Motyw z Białowieży”, 1922
„Zawieja w puszczy (Przygięte drzewo)”, 1922
„Świerki z ośnieżonymi suchymi gałązkami, z przelatującym krukiem”, 1923
„Wnętrze lasu”, 1922
„Drzewo”, 1931
„Noc”, 1916-1919

Zainspirowany sztuką japońską, odkrytą wtedy i wzbudzającą powszechny zachwyt minimalizmem, tworzył Wyczółkowski swe miniatury ołówkiem, piórkiem, tuszem, węglem i czym tylko zapragnął, w sposób jaki przyszedł mu do głowy, byle ukazać coś jeszcze inaczej, szukając kolejnego sposobu przeniesienia emocji spotkania drzewa sam na sam. Drzew tych wykonał setki i choć niejeden pytał: a cóż dziwnego jest w drzewie, znacznie więcej jest tych, którzy pragnęliby mieć choć jeden, najprostszy szkic mistrza.

„Świt”, 1919-1920
„Drzewa”, 1918-1919
„Sosna na cmentarzu w Wołczecku na Wołyniu”, 1916
„Sosenki we mgle”, 1907
„Drzewko, pole, zagajnik sylwetowo”, 1907
„Złamana sosna we mgle”, 1907
„Drzewo — studium”, 1908
„Zagajnik”, 1916-1919
„Dąb w Rogalinie”, 1926
„Drzewo”, 1931

W przeciwieństwie do większości wielkich, których losy były zawiłe, a nieraz tragiczne, Wyczółkowskiemu z pewnością możemy zazdrościć życia. Nie tylko tego ile widział, ilu rzeczy świadkiem był, lecz przede wszystkim tego, jaką wolność osiągnął i jakiego spełnienia dostąpił, dając sobie ów dar sam.

„Powalone drzewo”, 1916-1919
„Brzeg”, 1918-1919
„Dęby białowieskie”, 1922
„Cynerarie”, 1924
„Dąb na tle lasu”, 1928
„Świerki w Gościeradzu (Modrzewie w słońcu)”, 1928
„Las”, 1931
„Kwitnące śliwy”, 1933

Patrz oczyma mistrza

O ile w przypadku większości malarzy sprawa jest prosta — ich prace są charakterystyczne i rozpoznawalne, o tyle tutaj będziemy mogli przebierać w inspiracjach. Zacznijmy zatem od koloru, wręcz nienaturalnego, ale dlaczego mielibyśmy się ograniczać? Można go znaleźć i w blikach niskiego słońca, w mgle jesieni, i w tle zimy, która wydaje się zupełnie koloru pozbawiona, lecz nie dla wprawnego oka, który nawet wtedy wykradnie barwy naturze.

Ukraińskie wyprawy Wyczółkowskiego to także doskonałe pole do poszukiwań. Zwróćmy uwagę na pewien świadomy brak konsekwencji: powstały obrazy bogate w szczegóły i będące zbiorem plam, tonące w barwach i pozbawione ich zupełnie.

Ulubionym motywem autora okresu dojrzałego były drzewa. Ten nieatrakcyjny wręcz temat, powtarzany setki razy, był prezentem dla niego samego, artysty który nie przejmował się światem i znikał od czasu do czasu w gęstwinach sobie tylko znanych, martwiąc przyjaciół, których nie raczył powiadamiać o swych planach.

W końcu temat, który najczęściej chyba jest kojarzony z Wyczółkowskim, choć bywał tam — jak zresztą wszędzie — gościem jedynie, czyli Tatry. Drapane, barwne, zamglone, bajkowe, inne od tego co zwykle można było spotkać w masowo malowanych miniaturach, a potem barwnych widokówkach wystawianych na Krupówkach.