Witold Pruszkowski

11 IX 2020

Niesprawiedliwie traktowany prekursor, wtedy i dziś, bo niewielu jest takich, którzy obok znanych mistrzów jednym tchem wymienią też jego nazwisko. A był to człowiek baśni i fantastyki, wówczas w ogóle nikomu jeszcze nieznanej. Mało tego, był także świetnym oświetleniowcem w nieistniejącym jeszcze kinie. Zapraszam na spotkanie z twórcą obrazów, które większość ludzi skądś kojarzy, tylko nie wie skąd.

1872 — Bo fikcja jest ciekawsza od prawdy

Z pewnością o Witoldzie Pruszkowskim można by rzec, iż był obywatelem Europy. Zanim stał się dorosły, mieszkał w Odessie, Kijowie, Szwajcarii, Belgii, francuskim Dieppe i Paryżu, gdzie uczył się malować, a także w Monachium, które ukształtowało podwaliny jego stylu.

„Autoportret”, 1883

W końcu przybył do Krakowa i tutaj, już z bagażem, czy lepiej powiedzieć — zdobyczą doświadczeń europejskich, nieszczególnie entuzjastycznie pałał do znanej już z poprzednich opowieści szkoły historyzmu Matejki. Namalował wtedy podobno jedno jedyne płótno w tym stylu, choć z pewnością jako uczeń Matejki był autorem większej ilości, przynajmniej szkiców, o których jednak nic nie wiemy.

„Noc świętojańska”, 1875

Ale i w tym jedynym obrazie widać bunt, i to w wielu szczegółach. Zacznijmy od formy. Realizm postaci nijak nie pasuje do dziwnej palety, rzucającej seledynowe odcienie na niektóre twarze. Zieleń pochodzi zresztą od dużo mniej realnej już roślinności. Dalej: skąd tu anioł? Kim jest postać z lewej strony? Dlaczego nie spełnia założeń estetyki kobiet historyzmu? Wręcz je łamie na każdym froncie, wyprzedzając nawet epokę autora postawą, ubiorem czy fryzurą. A sam Piast? Wygląda bardziej jak ubogi chłop, zdziwiony niecodzienną propozycją nie do końca spójnej zgrai. W końcu państwo polskie teoretycznie dopiero ma powstać, ale już widzimy sztandary z orłem.

„Piast” (fragment), 1872-1875

Zostawmy ten poplątany obraz, będący swoistym manifestem dwudziestosześcioletniego artysty. Wiadomo, że odtąd nie znajdziemy już historyzmu, za to zwykle nie będziemy mieć pewności, czy to na co patrzymy będzie prawdziwe, czy to tylko baśń, czytelna albo i nie, w zależności od kaprysu autora. Choć nie do końca.

„Pastuszek”, 1894-1896

Zwróćmy uwagę na dwa płótna. Pierwszy to Chrystus, tak często wówczas i nie tylko wówczas malowany. Pruszkowski znowu złamał podstawowe zasady: Chrystus jest tu bardzo człowieczy, można by rzec nawet: przy kości i przypomina raczej chłopa nieco potarganego niż Jezusa znanego z portretów. Nawet aureola nie promienieje od niego, bardziej przypomina księżyc w pełni, który postać zasłoniła sobą.

„Chrystus”, 1876

Czternaście lat później powstała Madonna, reprezentująca już zupełnie inny styl. Obraz zbudowany na bazie symboliki klasycznej — mamy tu węża i jabłko, lecz charakterem swoim, jakimś nieokreślonym, nostalgicznym tłem, zdecydowanie dąży ku baśni. Z dwunastu gwiazd pozostała tylko jedna, a zimne światło pochodzi raczej nie od księżyca, a sierpa słońca prawie w całości zaćmionego. Tylko sama postać swoimi surowymi rysami nawiązuje do wcześniejszego Chrystusa i daleka jest od zdystansowanej klasycznej Maryi Niepokalanie Poczętej.

„Madonna” 1890

Młody Pruszkowski zadurzył się w baśniach. Czerpiąc z doświadczeń przede wszystkim monachijskich, pozostał wierny swym wyimaginowanym światom do końca. Na razie były to jednak głównie sceny rzeczywiste, łapane w świetle księżyca, zachodów i świtów. Artysta namalował wiele nokturnów, często albo tylko skropionych światłem, albo wręcz tonących w mrokach.

„Kurhany w nocy”, 1886
„Krajobraz księżycowy”, 1870
„Scena powstańcza”, 1898 (?)
„Zmierzch”, 1881

Do swych tęsknot za barwami magicznych godzin wracał w różnych okresach tworzenia, ukazując coraz to inne techniki: pełne szczegółów bądź też plamy. Tutaj wypada wspomnieć, iż był to twórca niezbyt dbający o spójność charakteru swoich prac. Patrząc na jego dorobek, mocno przerzedzony na skutek zaginięć, głównie w czasie wojny, moglibyśmy obdarować nim kilku autorów. Do tego zresztą za chwilę wrócimy.

„Świt”, 1881
„Zmierzch”, 1882
„Przy studni”, 1882

1877 — Pragnienia barwami pisane

Chyba najbardziej znanym obrazem Pruszkowskiego są „Rusałki”. Temat dość mocno eksploatowany w romantyzmie europejskim mistrz odkrył na nowo, definiując romantyzm narodowy, co uczynił ubierając urodziwe lecz pospolite dziewczęta w typowe dla ukraińskiej wsi stroje. Niezależnie od tego zbudował światłem doskonały nastrój grozy i tajemniczości.

„Rusałki”, 1877

Niekonwencjonalność jednak nie przekonała współczesnych mu krytyków, dlatego zaraz potem autor przekornie namalował akademickie „Nimfy”, będące dość przeciętną kopią mocno już zużytego stylu, trafiającego jednak w salonowe konwencje. Po latach wygrał wcześniejszy koncept i dziś „Rusałki” stanowią kamień milowy polskiego dorobku malarskiego.

„Nimfy wodne”, 1877

Pruszkowski łączył w sobie kilka talentów. Był świetnym portrecistą i, choć nie za często, zapraszał wybranych przez siebie znajomych i przyjaciół do pozowania. Nigdy natomiast nie portretował tych, którzy o to prosili. Stąd też niewielka liczba takich obrazów. Główną jednak przyczyną było to, że bardziej pragnął malować swoje baśnie.

„Portret Stefanii Fedorowiczowej”, 1878
„Portret siostry artysty”, 1875
„Portret Kazimierza Bartoszewicza”, 1876
„Portret Stefanii Wawel”, 1878

I tu objawiał się drugi talent: mistrz znakomicie radził sobie z barwą i światłem. Do wcześniejszych, odrealnionych krajobrazów dołączyły motywy ludowe. „Kiedy ranne wstają zorze” zdają się przedstawiać świat prawdziwy — kilkoro pastuszków gdzieś w górach zbiera się o świcie na modlitwę. Jednak światło oraz paleta sugestywnie przenoszą nas w świat wręcz nierealny. Przy tym wszystkim warto zwrócić uwagę na postawy czworga chłopców. Świetnie została oddana tutaj naturalność dzieci, mocno jeszcze rozespanych, bardziej z obowiązku niż z potrzeby śpiewających modlitwy, dość przy tym rozkojarzonych.

„Kiedy ranne wstają zorze”, 1876

Zwróćmy uwagę na „Sielankę”. Para w stroju krakowskim trwa bez słów w magiczną godzinę, w którejś z podkrakowskich wsi, z pewnością na południu, ponieważ w tle widzimy skąpane w wieczornych mgłach wzgórza. Wyraziste barwy dopełniają się zgrabnie, co ciekawe — przy dość jednak ciemnej scenie. I jakby za szlachetnością tej ulotnej chwili podążyły tym razem rysy postaci, zwłaszcza dziewczyny, nie przypominającej już chłopki z innych obrazów mistrza.

„Sielanka”, 1880

A oto fantastyczna „Spowiedź Madeja”, która ukazała się zbyt wcześnie, nie budząc entuzjazmu. To jedno z wybitniejszych dzieł mistrza nawiązuje do francuskiego impresjonizmu, wypełniając gęstwiną liści prawie całe tło. Sam Madej zbudowany jest z elementów, które potrafi odnaleźć tylko oko bogate w wyobraźnię. Konary, pień w stanie rozkładu, który zresztą będąc już elementem rzeczywistym, jest tu osią obrazu, pajęczyny i pnącza — to wszystko w oczach artysty stało się postacią wysmaganą przez gęstwinę małopolskich mateczników. Warto też zwrócić uwagę na wczesnojesienną paletę z olbrzymią ilością odcieni.

„Spowiedź Madeja”, 1879

Na początku lat osiemdziesiątych Pruszkowski zapragnął stabilizacji, wybierając dla siebie podkrakowski Mników. Ten obieżyświat, nie rezygnując z teraz już rzadszych wojaży, wtopił się w wiejskie życie, ukazując sceny widziane na co dzień w swych obrazach.

„Portret syna artysty z psem”, 1881
„Niedziela Zielna”, 1883

1882 — Mników

Ucieczka na prowincję paradoksalnie sprawiła, że Pruszkowski zaczął tworzyć coraz mocniej wyprzedzające swą epokę dzieła. Jednym z nich niewątpliwie jest „Spadająca gwiazda”. Moglibyśmy go dziś nazwać kosmicznym erotykiem i doprawdy zadziwiające jest to, że powstał blisko 140 lat temu.

„Spadająca gwiazda”, 1884

„Wiosna” to doskonałe studium pór roku: zamieniającej się w nicość bladej zimy i pełnej życia młodej wiosny. Nietypowa paleta, niejako zmieszana: przykra — zimowa i radosna — wiosenna, jest pozbawiona zieleni. Bo oto ostatnie śniegi topią się, a kwitnące sady już przejęły panowanie nad odcieniami. Dla młodych liści nie ma jeszcze miejsca. Spersonifikowana wiosna zdaje się być zajęta sama sobą i nie zauważa przemijającej zimy, której słońce odbiera duszę.

„Wiosna”, 1887

Erotyzm u Pruszkowskiego pojawiał się często, a zawsze subtelny, jak wszystko, co mistrz ukazywał. Czy to wprost, jak w „Bachantce”, wspaniałej kolorystycznie, czy też w serii „Zaduszek”, ukazującej niepokojące sceny, w którym to niepokoju uczestniczą także same postaci. Zwróćmy uwagę na to, iż oba obrazy reprezentują odległe sobie techniki: olej i pastel. O ile poznaliśmy już kunszt autora malującego farbami, tutaj możemy zobaczyć jego technikę pasteli i charakterystyczny, miękki, wręcz puszysty styl, świetnie radzący sobie ze światłem.

„Bachantka”, 1885
„Zaduszki” (tryptyk), 1880
„Zaduszki. Godzina duchów.”, 1888

Mistrz fantazjował coraz mocniej i na różnych płaszczyznach. Pojawił się w końcu wątek „Anhelli” Słowackiego i Sybiraków. I tutaj pragnę zwrócić uwagę na pewną istotną różnicę: u Pruszkowskiego nawet cierpienie zawiera elementy baśniowe. Zima jest nierzeczywista, zachwyca światłem zmierzchu i drugim, tajemniczym źródłem z przodu kadru. Te dziwne sceny świateł goszczą na wielu obrazach, subtelne albo będące zasadniczym źródłem budującym scenę, jak w „Rusałkach”. Przypominają wręcz plany filmowe, które przecież miały miejsce dopiero kilkadziesiąt lat później.

„Anhelli. Śmierć Anhellego.”, 1879
„Anhelli (przed śmiercią)”, 1889
„Na zesłanie w Sybir”, 1893
„Śmierć Ellenai”, 1893

Mistrz folgował sobie między fantastyką totalną, a symbolizmem, nieszczególnie czytelnym, jak gdyby owe znaczenia były mniej istotne od formy. Nad „Wizją” spędzono wiele czasu, próbując interpretować głównie patriotyczny aspekt tego obrazu, lecz autor takim, a nie innym pociągnięciem pędzla, określił nieistotność owych znaczeń, jeszcze bardziej dystansując się od rozpamiętywania narodowych ran od swoich kolegów.

„Wizja”, 1890

A jeśli już mowa o fantastyce, ten oto „Smok Podwawelski” fantazjuje nie tylko formą, ale i łamie utrwalony kanon krakowskiego smoka. Nie tylko bestia nie przypomina zielonego stwora, znanego z innych obrazów, lecz i ofiara bestii nie nosi charakterystycznych słowiańskich rysów. Całość jest bardzo mroczna i wydaje się znowu wyprzedzać epokę.

„Smok Podwawelski”, 1884

Duchy i zjawy pojawiały się często i w różnych miejscach, czasem wprost, będąc tematem obrazu, a czasem subtelnie, tworząc dopełnienie malowniczych scen, za wyjątkowość których zwykle odpowiedzialna była charakterystyczna pogoda, pora dnia i roku.

„Wierzby nad moczarami”, 1887

Z pewnością największym dziełem baśniowej koncepcji jest „Eloe”, obraz wręcz hipnotyzujący. Mieszał wygnanie i śmierć z sielanką zimy nie tylko niegroźnej, ale wręcz zapraszającej do siebie. Zestawienie cmentarza i różowej poświaty, anioła — ducha i kikutów drzew na tle lazurowego nieba jest pełne sprzeczności i kontrastów. Lecz przede wszystkim oswaja ze śmiercią, co stało się dla autora prorocze.

„Eloe”, 1892

Rok później Pruszkowskiego spotkał wyjątkowy wypadek: na skutek kopnięcia przez konia doznał skomplikowanych złamań części twarzy. Trzy ostatnie lata życia spędził w ukryciu i cierpieniu. Malował już niewiele, nie mając do tego ani siły, ani przekonania. „Po zachodzie słońca” to obraz w krzykliwej tonacji, jak gdyby ta złota godzina trwała zbyt długo i swym złotem stawała się nachalna. W owo zwichrowane piękno wprasza się koślawy pień, pokraczny i umierający, ze sterczącą gałęzią psującą wręcz kadr.

„Po zachodzie słońca”, 1896 (?)

Jednym z ostatnich obrazów jest znakomite „Przywidzenie”. Oto zdążający ku zagładzie koń pędzi późnojesiennym jarem. Tuż przed katastrofą woźnica odwraca głowę ku temu, co go napędzało przez całe życie, a co teraz płonie. Jeszcze wszystko jest czytelne, lecz dynamizm tej sceny jasno nam mówi, że oto za chwilę nastąpi kres i obraz zgaśnie.

„Przywidzenie”, 1895

Witold Pruszkowski postanowił odejść w swojej Europie. Jesienią, nikomu nic nie mówiąc, wyruszył przed siebie. Po miesiącu znaleziono go umierającego w Budapeszcie. Ostatnie swoje dni spisał w pamiętniku, jednak ten zaginął.

„Autoportret”, (?)

Patrz oczyma mistrza

Duchy niechaj pozostaną w naszej wyobraźmy, poszukajmy im tła. „Eloe” ukazuje coś zwykłego w sposób niezwykły, ale takich widoków możemy doświadczyć w naturze, jeśli tylko się postaramy. I znowu kłania się zasada: nie idź tam gdzie wszyscy i wtedy, gdy wszyscy.

Nokturny to nie tylko nocne zdjęcia, ale inspirowane nocną paletą czy też nieokreślone do pory. Tutaj zagości przedzimie, słota i ołowiane chmury, skutecznie stawiające się każdemu promieniu słońca.

Rzecz wymagająca samodyscypliny, czyli świty. W ulgowej wersji zachody, lecz wprawne oko zauważy pójście na łatwiznę. Jeśli zechcemy palety oryginalnej, trzeba będzie spać krótko.

Dynamizm mistrz serwował z rzadka, lecz gdy już to robił, było to świetne. Natura także nie rozpieszcza i także gdy w końcu pozwoli dać się poznać od tej strony, z reguły robi to bez świadków. Ale do takich scen wcale nie potrzeba huraganu, czasem wystarczy sugestywne zestawienie planów w charakterystycznych barwach, by scena wzbudzała niepokój swym zimnem i surowością.