Stowarzyszenie Umarłych Żarówek

21 IV 2020

Najpierw słówko o diodzie świecącej, wciąż chyba najbardziej tajemniczym źródle światła. Otóż aby dioda zaświeciła, potrzebne jest pewne minimalne napięcie. Poniżej owej wartości, choćbyśmy dysponowali największą baterią na świecie, światła nie będzie. Dla typowej diody świecącej w kolorze białym, napięcie to wynosi niecałe 3 wolty.

Jeśli weźmiemy sobie bateryjkę litową i podłączymy do diody (przez rezystor, który musi być zawsze, ale dlaczego — opowiem innym razem), dioda się zaświeci. Jeśli skorzystamy z bateryjki „paluszka” — figę zobaczymy, a nie światło. Dlatego, że „paluszek” daje najwyżej półtora wolta, zatem sporo braknie. Zapamiętajmy więc: diodzie świecącej potrzebne jest pewne minimalne napięcie. Ta wiedza przyda nam się do uratowania spalonej żarówki.
A oto bohater historii. W poprzedniej rozkręciłem sprawną żarówkę, by ją przerobić tak, aby świeciła jak najdłużej. A co z żarówkami spalonymi, jak ta? Spójrzmy: niektóre diody tak jakby się trochę przypiekły. Sprawcą jest wysoka temperatura i brak możliwości sprawnego chłodzenia się żarówki. Jedna z diod jednak doznała prawdziwego szoku i zionie czarną dziurą. Możemy założyć, że ta dioda jest już martwa i nic z niej nie będzie.

Bywa jednak, że takiej czarnej kropki nie zobaczymy i do znalezienia martwej diody nie wystarczy sama obserwacja. A znalezienie jej jest niezbędne, by przywrócić do życia taką żarówkę. Dlaczego?

Spójrzmy na nasz schemat. Jeśli któraś z diod się spali, na schemacie po prostu zniknie. Będzie przerwa. Żeby pozostałe zaświeciły, trzeba przerwę załatać. Czyli usunąć spaloną diodę i w jej miejsce wsadzić sprawną. Albo — co będzie dużo łatwiejsze — zatkać dziurę, czyli zewrzeć ze sobą miejsca, w których tkwiła dioda.
Trzeba więc znaleźć tę spaloną diodę. Ale jak tutaj wspominałem, to nie są zwyczajne diody, a złożone z trzech, połączonych szeregowo i zatopionych we wspólnej obudowie. Zatem minimalne napięcie, przy którym zaświecą, to dziewięć woltów i dlatego do poszukiwań uszkodzonej będzie trzeba użyć baterii dziewięciowoltowej. Widoczny rezystor, który ograniczy prąd dla bezpiecznego dla diody poziomu, powinien wynosić około 10 kΩ

Może się też zdarzyć, że struktur będzie jeszcze więcej i jedna dziewięciowoltowa bateria nie wystarczy. Należy wtedy użyć dwóch, połączonych w szereg, oczywiście łącząc biegun dodatni pierwszej z ujemnym drugiej. Zamiast baterii można także użyć zasilacza o odpowiednim napięciu, pamiętając zawsze o rezystorze.

Bierzemy nasz przyrząd i dotykamy drucikami wyprowadzeń kolejnych diod. Jeśli któraś nie zaświeci się, zamieniamy druciki miejscami. Jeśli nadal nie będzie się świecić, będzie to znaczyć, że znaleźliśmy uszkodzoną.

Martwą diodę trzeba usunąć. I tu zaczynają się schody. Jeśli podejdziemy do problemu z klasyczną lutownicą, albo podgrzejemy lewą stronę, albo prawą. A że podłoże jest aluminiowe, wszystko strasznie się rozgrzeje, a dioda nadal będzie tam siedzieć. Trzeba będzie coś wykombinować.
To jest drugi bohater historii: typowa transformatorowa lutownica, produkowana bez większych zmian od jakichś sześćdziesięciu lat. Ta jest trochę stuningowana przeze mnie. Drut, który się rozgrzewa, mocowany jest inaczej niż fabrycznie. Pokażę tylko jak, a historię tego pomysłu zostawię na inną okazję.

Lutownica transformatorowa ma tyleż wrogów co zwolenników. Przy precyzyjnych lutownicach stabilizowanych elektronicznie wygląda jak Ził przy Smarcie, ale jednak są zadania, w których Ził będzie sobie radził lepiej. Powiem tylko, że do doraźnych prac i dla niezbyt wprawionych majsterkowiczów będzie to najlepszy wybór z jednego prostego powodu. Otóż pierwszym grzechem młodych lutowaczy jest przepalanie spoiwa. Cyna z ołowiem, czy też bezołowiowa, jeśli będzie zbyt długo podgrzewana, pokryje się tlenkami, uwolni od topnika i utworzy połączenia niepewne, o wysokim oporze i niskiej odporności mechanicznej. Lutownica transformatorowa pracuje tylko w chwili, gdy wciskamy spust. Zatem możemy zaraz po roztopieniu się odrobiny cyny wyłączyć ją i spokojnie, bez pośpiechu przygotować się do przeniesienia spoiwa w miejsce docelowe. Prąd włączymy dopiero, gdy już będziemy gotowi do działań. I od razu jak tylko cyna sprawnie pokryje końcówki elementów, odłączamy napięcie. Ot — cała magia. Poćwiczmy sobie na różnych drutach i blaszkach.

Wracajmy do naszej martwej diody. Co zrobić, żeby ją podgrzać z obu stron? I tu kłania się druga zaleta transformatorówki. Nie ma żadnych przeciwwskazań, żeby sobie grot wygiąć w najbardziej fantazyjne kształty. Na przykład takie, które podgrzeją diodę z obu stron jednocześnie. Ale dużo łatwiej będzie nam działać nie na sucho, a po nabraniu cyny. To taki trochę paradoks: nabieramy cynę, nie by lutować, a zrobić zgoła coś odwrotnego. Uwierzcie jednak, że tak będzie łatwiej. Po stopieniu cyny najlepiej taką diodę odsunąć za pomocą wykałaczki.

Co teraz? W miejsce martwej diody można wlutować diodę sprawną, jeśli taką mamy. Możemy też zrobić w tym miejscu zwarcie z cynowej kulki. Diod będzie co prawda mniej, lecz przecież godziliśmy się na spadek mocy.

Układ zasilający poznaliśmy tutaj, więc tam odsyłam zainteresowanych. Warto jednak pamiętać, że taka martwa żarówka w życiu przeszła ciężkie chwile. Odciążona będzie świecić jeszcze wiele lat, lecz jej kondycja nie będzie taka sama jak żarówki, którą przerobiliśmy od razu po wyciągnięciu z pudełka.