Beltica Model II

6 XII 2021

Aparat jest jednym z ostatnich mieszkowców, czyli konstrukcji, w której elementem izolującym komorę filmu od świata jest elastyczny miech. Aparaty takie powstały przede wszystkim z powodu chęci ograniczenia ich rozmiarów, gdy były nieużywane. O ile miało to sens przy ogniskowych typowych dla średniego formatu, w przypadku formatu małego zysk był niewielki — rzędu dwóch centymetrów, a stopień komplikacji i ryzyko rozkalibrowania — znaczne.

Beltica, którą tu widzimy, to trzeci model, wywodzący się wprost z opracowanego w Niemczech Wschodnich w 1946 roku aparatu otwieranego jeszcze w bok, jak w przypadku prawie wszystkich kamer średnioformatowych. Wyposażony jest w lunetkowy celownik, automatyczny licznik i zabezpieczenie przed podwójną ekspozycją. Reszta konstrukcyjnie nawiązuje do modeli przedwojennych. Migawka oferuje duży zestaw czasów i jest oczywiście centralna.

Całość wykonana jest wyjątkowo solidnie, a niewielki zakres pracy miecha nie nadwyręża go, dzięki czemu ma szansę pracować jeszcze długie lata. Precyzja jest tu jednak wymagana i nawet minimalne odchyłki w przypadku małego kadru są widoczne, co da się zauważyć na zdjęciach, które ujrzymy za chwilę. Złożoności konstrukcji brakuje jednak dalmierza, co w przypadku tak jasnych obiektywów jest pożądane, a sam obiektyw nie jest projektem najwyższych lotów. Aparat spełniał swoją rolę jako narzędzie dla amatora ceniącego sobie przede wszystkim zwartość konstrukcji. Wobec popularniejszych wówczas średnioformatowców był zdecydowanie mniejszy, a 36 zdjęć pozwalało na pstrykanie mniej zobowiązujące.

Oto standard czasów wczesnopowojennych w wersji, jakbyśmy to dziś powiedzieli, plus: światło F⁄2,9 przy trzech soczewkach. Niestety na małym obrazku to nie mogło pracować dobrze i tę jasność należy traktować bonusowo albo jako źródło efektów specjalnych. Te efekty zresztą zrobiły na nowo karierę w świecie cyfrowym, dopisując cenom trypletów w wersji stumilimetrowej dwa zera na końcu.

Trzy soczewki gwarantują poprawną pracę w zasadzie od przysłony F⁄8, a ubogie, choć wyraźnie widoczne warstwy przeciwodblaskowe, nie są odporne na zbyt wysokie kontrasty. Dziewięciolistkowa przysłona wspiera ładne rozmywanie tła, jednakże na krótkich dystansach aparat będzie nieprecyzyjny z braku dalmierza.

Poniższe zdjęcia zostały wykonane na negatywach Fomapan 200 i wywołane w jednoprocentowym Fomadonie R09 w ciągu godziny. Kadry pochodzą z okolic Szczawnicy i Prehyby.

Przysłona F⁄4 to minimum przyzwoitości z zastrzeżeniem ostrzenia tylko w centrum. Jeśli kontrasty nie będą zbyt duże, otrzymamy bardzo charakterystyczne, miękkie rysowanie, znane z fotografii z epoki.
Przysłona 5,6 da już przyzwoitą ostrość w centrum. W małoobrazkowych mieszkach często pojawia się inny problem: przekoszenia. Za prostopadłość osi optycznej względem powierzchni filmu odpowiada tu sporo elementów mechanicznych, które z czasem tracą zakładaną dokładność współpracy.
Znowu przysłona F⁄4 i dobrze widoczny efekt nierównego traktowania przez obiektyw pola krycia. O ile w nastrojowych obrazach bywa to nieistotne, a nawet pożądane, architekrura tego nie lubi.
Mimo sporego zachmurzenia, światło nieba miało wystarczająco duży wpływ na zaświetlenie reszty, co objawia się spadkiem kontrastu. O ile w przypadku obróbki cyfrowej takich zdjęć efekt ten można ograniczyć, klasyczne naświetlanie nie poradzi sobie z tym.
A tak pracuje obiektyw otwarty. Ostrość pojawia się w centrum, a całość tonie w mgle dyfuzji świateł.
Przy minimalnej dla tego aparatu odległości 80 cm, wcześniejsza wada może stać się zaletą. Problem w tym, że brak dalmierza pozwoli tylko na szacunkowe określenie dystansu.
Przysłona F⁄8 wcale nie rozwiązuje wszystkich problemów. Możemy przyjąć, że dopiero przysłona F⁄11 da równo naświetlony kadr.
Statyw i przyłona F⁄5,6 da zadowalającą ostrość takich kadrów, a nieodporność na kontrasty w tym wypadku będzie raczej zaletą niż wadą, dając charakterystyczny sposób rysowania.

Niewątpliwie Beltica jest przygodą cofającą w czasie do lat pięćdziesiątych. Nie ma mowy o szybkości, mimo pomniejszych usprawnień. Wszystko tu trzeba ustawić dokładnie, a nawet po zrobieniu zdjęcia nie można sobie tak po prostu aparatu złożyć, bo bez przestawienia pierścienia w nieskończoność można go uszkodzić. Ale tak się kiedyś pracowało i choćby z tego powodu warto naświetlić przynajmniej jeden film.

Trioplan to — uczciwie powiedzmy — obiektyw marny i należy oczekiwać od niego specyficznego rysowania, a nie idealnych kadrów. W świecie współczesnej doskonałości jednak, taka rzecz może dostarczyć więcej radości od ultrajasnej optyki zawierającej kilkanaście soczewek.