Canon Prima BF-800

5 VII 2021

Aparat z wyglądu wydawał się nieużywany, lecz ktoś wsadził do środka baterie i to byłoby na tyle. Po kilkunastu latach baterie rozlały się i zaatakowały sprężynki dociskające. Ale to dobrze, bo nie otwarłbym aparatu, a tak zdarzyła się potrzeba. Sprężynki zostały umyte i zabezpieczone przed korozją, a przy okazji można było rzucić okiem na to i owo.

Jak na tak bardzo „nicniemający”, aparat ma w środku wyjątkowo dużo wszystkiego, ale trochę w stylu elektronicznego średniowiecza. Układy scalone są dwa, lecz reszta bazuje głównie na tranzystorach, których jest kilkanaście. Widziałbym tu raczej jeden specjalizowany scalak, lecz trzydzieści lat temu takie aparaty projektowało się w taki sposób. Duża część elektroniki jest odpowiedzialna za błyskanie lampą.

Charakterystycznie rozwiązano problemy z plątaniem się przewodów. Siedzą w prowadnicach, których osadzono więcej niż potrzeba, zapewne dla wersji aparatu z zoomem.

Po skręceniu aparat ożył. Wiele tu nie można, lecz i automat wiele nie zdziała. Ograniczono migawkę, a właściwie migawko-przysłonę do wartości 1⁄60-1⁄250 sekundy, co przy marnej jasności obiektywu ogranicza użycie aparatu właściwie do słonecznych plenerów albo — przy wspomaganiu lampą — blisko znajdujących się obiektów. Wspomniana funkcja zmiennej przysłony to tylko pół działki różnicy, zmienia się z deklarowanej F⁄6,3 na F⁄8 i to wszystko.

Wewnątrz znajdują się styki kodu DX w systemie uproszczonym, rozpoznającym jedynie czułość ISO 400, a każdy inny traktując jak film ISO 100. Oczywiście o własnej deklaracji czułości nie ma mowy. Nie ma też mowy o wpływaniu na jakiekolwiek parametry. Można jedynie wyłączyć lampę i skorzystać z samowyzwalacza.

Aparat sztywno trzyma się klasyki gatunku, czyli idei małego kompaktu z klapką zabezpieczającą obiektyw, osadzoną lampą, prostym wizjerem lunetkowym pozbawionym jakichkolwiek oznaczeń i czujnikiem światła oraz diodami informującymi o stanie: po jednej dla użytkownika i fotografowanych. Jedyną ekstrawagancją jest mały wyświetlacz LCD, na którym można zobaczyć numer klatki, stan lampy i samowyzwalacza. Niewątpliwie ta rzecz pozwoliła odróżnić ów model od bezmarkowej masówki, w której takich udogodnień nie montowano.

Czego można oczekiwać po kompakcie tej klasy? Można zarówno niewiele oczekiwać jak i przeciwnie, licząc na to, iż produkt renomowanej firmy będzie się jednak różnił od setek milionów tak zwanych małpek, wyprodukowanych w ciągu ostatnich czterdziestu lat. Z jednej strony stała ogniskowa i brak autofocusa znakomicie ułatwia sprawę, gdyż wyprodukować dobrej jakości stałkę nie jest trudno. Z drugiej — nie jest też łatwo wyprodukować dobrej jakości obiektyw szerokokątny o ogniskowej 28 milimetrów. Z trzeciej — jasność tego obiektywu wynosi tylko F⁄6,3 zatem nie powinno być źle w kwestii jakości obrazu, jako że im jaśniej, tym trudniej ją zachować przy ograniczonym budżecie. Zobaczmy zatem co inżynierom z Canona wyszło.

Poniższe zdjęcia zostały wykonane na negatywach Fomapan 100 i wywołane w Fomadonie Excelu W27. Kadry pochodzą z okolic Krzczonowa, Golca oraz krakowskiego Podgórza.

Nie będziemy tu nic ustawiać, bo nic ustawić się nie da. Na początek po prostu dobrze oświetlony klasyczny widok ogólny ze światłem. No cóż, ani kontrastu, ani ostrości szczególnej.
Tak zwany test ostrości, czyli jeden plan drzew ujawnia mizerię tej optyki. Ostrość wypełnia dosłownie sam środek kadru, a potem jest już coraz słabiej.
Zdjęcie wykonane w warunkach niskiego kontrastu w zachmurzony dzień wykazuje ogólnie obniżony kontrast w kadrze na skutek zaświetleń obrazu połaciami jasnego nieba i jego odbić w wodzie.
Natomiast gdy kontrast jest wysoki, zwłaszcza światło w rogach bardzo silnie rozświetla krawędzie, dając charakterystyczne bliki. W tym kadrze środek zdjęcia zyskał na ostrości, ale dlaczego — za chwilę.
Raz jeszcze przenikające światła rozlewające się po okolicach, tyle że teraz w warunkach lekkiego niedoświetlenia — wszak to już ciemny las.
Spróbujmy zatem użyć tych rozświetleń twórczo, choć łatwe to nie będzie, bo o ile one są i dają charakterystyczny efekt, to sama treść obrazu także się pojawia, nieco gryząc się z oczekiwaną miękkością świateł. To już lepiej byłoby tu użyć zewnętrznego filtra zmiękczającego.
Tutaj wróćmy do tajemniczego wzrostu ostrości w kilku poprzednich zdjęciach. Przyczyną jest tak zwany fix focus, czyli stała płaszczyzna ostrości ustawiona nie na nieskończoność, a mniej więcej na trzy metry. Teoretycznie głębia ostrości powinna objąć wszystkie dalsze plany, ale jak widać, to tak do końca nie działa.
To po prostu — jak każda małpka — aparat do robienia klasycznych pamiątek w stylu „ludzik na tle piramid”. Zatem w mieście i wszelkich ciasnych pomieszczeniach, a także przy takich motywach, obraz będzie o tyle, o ile — zadowalający.
Kolejnym ograniczeniem jest czas maksymalny otwarcia migawki równy 1⁄60 sekundy. Dzięki temu wyeliminowano praktycznie możliwość wykonania zdjęć poruszonych, ale właściwie także możliwość prawidłowego naświetlania kadrów już nawet w deszczową pogodę, jak tutaj.
Niedoświetlenie jest coraz mocniejsze, lecz dość detaliczny kadr ukrywa związany z tym wzrost ziarna. Co ciekawe, instrukcja odradza stosowania slajdów, zapewne z powodu dużo mniejszej tolerancji naświetlenia.
Tutaj już negatyw został tylko muśnięty. Zewnętrzny światłomierz chciał jednej sekundy, czyli czasu sześćdziesiąt razy dłuższego. Ale przy takich jak tu, nieco demonicznych scenach, dodatkowe efekty związane z brakiem szczegółów w cieniach mogą dać ciekawy rezultat.

No cóż, to nie jest osławiony Mju czy któryś z tych niepozornych kompaktów ze świetną optyką. Marniutko tu wyszło i właściwie siłą tego aparatu jest marność, która w dobie wszechobecnej doskonałości staje się środkiem wyrazu. Co prawda król może być jeden — i stał się nim aparat Łomo, ale nie widziałbym przeszkód przed powstaniem konkurencyjnej „primografii”. Na razie warto się pospieszyć, bo te aparaty wciąż masowo lądują na śmietnikach, zwykle z przebiegiem co najwyżej kilku filmów.