Canon T70 & FD 2,8⁄24

31 I 2022

Po dość długim panowaniu serii A Canona, lata osiemdziesiąte w fotografii przyniosły zmiany standardów estetycznych, ale i początki wdrażania rozwiązań oszczędnych. Świat, nieco już znudzony klasyczną formą, zapragnął czegoś zgoła innego i tak powstał T50 — zupełnie nieciekawa technicznie, lecz wyglądająca bardzo świeżo lustrzanka, nie mająca praktycznie żadnych nastaw.

Dopiero pokazany w roku 1984, a więc rok później, T70 był pełnoprawną kamerą. Choć nie do końca, ale o tym za chwilę. Aparat współpracuje z obiektywami już wtedy dojrzałego standardu FD, współpracującymi w zakresie kontroli światła i przysłony, lecz pozbawionymi autofocusa. Sama bryła jest kwintesencją tamtych czasów, choć należy mieć na uwadze, że standard estetyki był bardzo szeroki, jak nigdy wcześniej ani później. Wykonany jest z tworzywa określanego jako „karbonid”, co by to nie znaczyło, jednak w praktyce bardzo trwałego i odpornego na urazy. Sam szkielet jest metalowy, a waga aparatu, wbrew temu co sugeruje wygląd, jest spora.

Nie uświadczymy tu choćby jednego pokrętła. Było to częścią rewolucji projektowej, a tak naprawdę wynikało też z oszczędności. Do zmieniania parametrów służy para przycisków umieszczonych obok skromnego wyświetlacza. Zresztą tych parametrów wiele do zmiany tutaj nie ma. Postawiono głównie na rozbudowaną automatykę i nie znajdziemy tutaj nawet możliwości wprowadzania korekt, poza deklaracją fałszywych czułości.

Najważniejsze jednak jest to, że nie mamy tutaj najbardziej użytecznego programu priorytetu przysłony. Canon z konsekwencją sięgającą jeszcze poprzedniej rodziny, stawiał na priorytet czasu. Na szczęście w wizjerze mamy informację o wybranej przez elektronikę przysłonie, co z dość wygodną możliwością regulacji czasu pozwala na wybranie dowolnej jej wartości. Niestety czasu już w wizjerze nie zobaczymy, a tylko na wyświetlaczu LCD, na którym dla odmiany brakuje informacji o przysłonie. Zakręcone to nieco, lecz da się opanować i na tyle szybko obsługiwać aparat, że przestaje to być uciążliwe. Najważniejsze, że użytkownik ma tutaj dostęp do wszystkich parametrów przy migawce od 1/1000 do 2 sekund, a odrzut jest niewielki.

Obiektyw jest wczesnym projektem Canona, gdyż pochodzi z roku 1973. Stawiany był jednak wysoko i oparł się próbie czasu. Do jego budowy użyto aż 9 soczewek i rezultaty tego widać: kadr nawet w rogach jest nienaganny.

Przysłona jest złożona z sześciu listków i nie narzuca swych kształtów obrazom. Budowa jest iście pancerna, waga — także niemała. Jedyny problem może stanowić światło, wszak pięćdziesięcioletnia konstrukcja pochodzi jeszcze z czasów powłok nie tak doskonałych jak obecne, co widać zwłaszcza przy tak szerokim kącie.

Poniższe zdjęcia zostały wykonane na negatywie Fomapan 200 i wywołane w jednoprocentowym Fomadonie R09 w ciągu godziny. Kadry pochodzą z okolic Obidowej, Rabki, Starych Wierchów i Maciejowej w Gorcach.

Typowy kadr dla tak krótkich ogniskowych jest oddany wzorcowo. Zarówno najbliższe elementy jak i horyzont, w każdym miejscu kadru jest ostry i szczegółowy.
24 mm to ogniskowa z serii „podejdź bliżej i stań prosto”. Jeśli będziemy chcieli uzyskać kadry nieprzerysowane, będziemy musieli trzymać się tej zasady. Aczkolwiek zbyt blisko też być nie może, bo zdjęcie zdominuje wtedy pierwszy plan.
Wbrew pozorom kadrowanie ultraszerokie łatwe nie jest. Przy każdej okazji będą nam wchodzić z boku elementy, które niekoniecznie będziemy chcieli mieć na zdjęciu. Tutaj się udało, ale krok w tył — i mielibyśmy nieciekawą kupę kamieni z lewej strony.
W przypadku krówek sprawa prosta nie jest. Podejść bliżej — znaczy znaleźć się naprawdę blisko tych sympatycznych zwierzątek, lecz nie każdy musi tak o nich myśleć.
Szeroki kąt jest narzędziem drogi. Wijące się ścieżki z przydrożnymi drzewami należą do klasyki gatunku. Co nie znaczy, że inne ogniskowe tego nie potrafią. Tutaj jednak droga może być krótsza, a ogniskowa i tak zrobi nam z tego kilometry.
I znowu przerysowanie, którego nie widać. Kałuża z pierwszego planu zrobiła się wręcz jeziorem, a drugi brzeg jest prawie niedostrzegalny. No, może nieco przesadziłem, ale niewiele.
Test kontrastu wyszedł znakomicie i dorównuje dopiero niedawno powstałym matrycom cyfrowym. Szczegóły są widoczne zarówno w słońcu jak i w najgłębszych cieniach.
Ciekawie obiektyw zachowuje się przy minimalnym dystansie, wynoszącym niespełna 30 cm. Tło jest rozmyte łagodnie, zupełnie inaczej niż w przypadku większości tak szerokich szkieł.
I na koniec najcięższy test, czyli zmasowane bliki. W końcu powłoki poddały się odrobinę i kontrast spadł, a najjaśniejsze fragmenty obrosły w charakterystyczne chmurki światła. Nie jest to na szczęście zjawisko silne.

T70 jest najciekawszym z niewielkiej serii czterech aparatów, nie licząc T90, który wspólną miał tylko nazwę. Pancerny, długowieczny i stosunkowo młody wobec serii A, jednocześnie współpracuje z całym dorobkiem optyki stworzonym dla niej. Brak priorytetu przysłony łatwo tu obejść, więc można założyć, że dla bagnetu FD będzie to najlepszy sprzęt za przyzwoite pieniądze.

Obiektyw tutaj prezentowany należy do czołówki konstrukcji zaprojektowanych w latach siedemdziesiątych i nadal radzi sobie wyśmienicie, nie tylko w bagnecie natywnym, ale z tymi kamerami cyfrowymi, które potrafią współpracować z od dawna już nie rozwijanym FD.