Fuji DL-80N

26 VII 2021

Znaleziony właściwie na złomie Fuji wygląda do bólu typowo, zgodnie z modą wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Nie ma tu już nic z klasyki sprzed dwóch dekad i wszystko jest plastikowe w wyglądzie oraz dotyku. Nic jednak nie skrzypi i całość sprawia wrażenie urządzenia solidnego. Poszukiwania jakichkolwiek regulacji będą bezowocne, ponieważ nic takiego tu nie ma. Można tylko odsłonić obiektyw, co zarazem włącza aparat i wcisnąć spust. Lampa błyśnie, gdy światłomierz jej rozkaże, parametry nastawią się same, a ostrość wybierze pierwszy plan. Prościej się już nie da. Lecz wcale nie jest oczywiste, iż prosto znaczy źle. Można całkiem sporo, ale o tym później.

Gdy spojrzymy na przód aparatu, ujrzymy zasuwę obiektywu, celownik lunetkowy, lampę oraz elementy autofocusa i sensor światłomierza. Z tyłu znajduje się wyłącznik zwijania filmu, zielona dioda gotowości, neonówka, będąca wskaźnikiem naładowania lampy oraz charakterystyczny wiatraczek, który wiruje podczas przewijania filmu, co pozwala zidentyfikować ewentualne problemy z jego zerwaniem. Na górze oprócz spustu znajduje się licznik zdjęć.

Postanowiłem zajrzeć do środka i okazało się, że jak na tak proste urządzenie, wnętrze jest całkiem złożone. Elektronika znajduje się na górze i tym razem jest zaprojektowana optymalnie. Jeden specjalizowany scalak rządzi wszystkim: przewijaniem, migawką, przysłoną, mierzy światło i odległość pierwszego planu. Kilka tranzystorów załącza elementy pobierające większą moc. Część płytki jest niewykorzystana, stanowi zapewne bazę dla wersji aparatu z zoomem, bo i taka była.

Z boku znajduje się część wysokonapięciowa, która steruje lampą, wytwarzając na jej potrzeby napięcie rzędu 300 woltów. Z przodu widać taśmy zdążające do sensorów, przełączników i silników. Obiektyw może się wysuwać, zmieniając płaszczyznę ostrzenia. Całość jest schludna i mimo użycia głównie tworzysz sztucznych powinna pracować niezawodnie jeszcze długi czas.

Niestety nigdzie nie znalazłem danych pracy migawki. Prawdopodobnie najdłuższy czas to 1⁄60 sekundy. Światłomierz pracuje sprawnie i negatyw został naświetlony prawidłowo, poza kadrami, które były zbyt ciemne jak na możliwości aparatu. Styki kodu DX identyfikują tylko film 400 ISO, traktując inne jakby miały czułość 100 ISO. To dość typowe w takich kompaktach, a jedyną metodą wymuszenia wyższej z obu czułości jest zwarcie tych styków kasetą albo kawałkiem folii aluminiowej.

Kompakty posiadają obiektywy dobre jak i beznadziejne, a o tym z jakim typem ma się do czynienia, można się dowiedzieć dopiero po zrobieniu kilku zdjęć. Ten model wyposażono w trójelementowy obiektyw o ogniskowej 35 mm i marnej jasności F⁄5,6, który wspomaga prosta przysłona — przegroda o jasności F⁄8

Aparat posiada jednak prosty autofocus o zasięgu minimalnym 130 cm. Wstępne oględziny wykazują istnienie powłok oraz złożony kształt czołowej soczewki, zatem można się spodziewać, że tym razem jakieś minimum przyzwoitości zostało zachowane. I tak jest rzeczywiście.

Poniższe zdjęcia zostały wykonane na negatywach Fomapan 100 i wywołane w Fomadonie Excelu W27. Kadry pochodzą z doliny Bystrej i okolic Kasprowego Wierchu w Tatrach oraz krakowskiego Lasu Wolskiego.

Zacznijmy od nieco gorszych warunków, na granicy możliwości aparatu. Zarówno niska jasność jak i ograniczenie migawki dało tutaj lekkie niedoświetlenie, ale zdjęcie wygląda bardzo nastrojowo. Środek jest ostry i klarowny, a zamglenie to dzieło lokalnej aury, a nie kiepskiego obiektywu.
Istotne jednak, by w takich warunkach nie dopuścić do oświetlenia sceny lampą, która zaburzyłaby cały światłocień. Niestety jedyną metodą w tym aparacie jest zasłonienie jej ręką.
Oto ujęcie, w którym pierwszy plan został doświetlony lampą. Scena jest czytelna, ale zupełnie nienaturalna, ponieważ widzimy tu wyraźnie dwa źródła światła, jak gdyby dwa słońca, czego w naturze nie ma.
Scena podobna, lecz lampę ponownie zasłonięto. Las jest nieco mroczny, ale jak najbardziej naturalny. Chętnym uczynienia z tego aparatu narzędzia dla pejzażysty polecam odłączenie mało przydatnej lampy na stałe.
Obiektyw jest dobrze skorygowany, więc wszelkie leśne ujęcia zachowują równoległość pni. Szczegółowość otwartej przysłony zapewni przyzwoitą ostrość w większej części kadru.
Dopiero jednak światło pozwala wyciągnąć z tego szkła dynamikę i ostrość. Tu już aktywowała się przysłona i kadr jest ostry także w rogach.
Dobrze — nie znaczy idealnie. Pewnych ograniczeń się nie przeskoczy, więc wysokokontrastowe zdjęcia pod światło obnażą niewielkie problemy w rogach. Trzeba o tym wiedzieć i po prostu unikać takich scen.
Kolejnym ograniczeniem jest brak światła. Przychodzi moment, że zdjęcia zrobić się po prostu nie da, co wynika z ograniczeń mających za zadanie wyeliminować zdjęcia poruszone.
O jakichkolwiek makro ujęciach także możemy zapomnieć. Minimalna odległość to 130 cm, a do tego autofocus nie jest zbyt precyzyjny i uwzględnia tylko duże powierzchnie znajdujące się na pierwszym planie.
Do takich ujęć, mimo ocierania się o granicę możliwości ekspozycji, aparat nadaje się całkiem dobrze, a miękki spust i bezodrzutowa migawka praktycznie eliminują kadry poruszone.

Tym razem jest nieźle. Niepozorny kompakt z elektrośmieci, praktycznie pozbawiony panelu sterującego, okazał się źródłem ujęć, które nadawałyby się do wysokonakładowego albumu z czasów, gdy takie wydawano w oparciu o klasyczny materiał czarno-biały. I co istotne, właściwie nie istnieją żadne zestawienia aparatów tego typu, które pozwalają zidentyfikować to, co ciekawe wśród olbrzymiej ilości konstrukcji przeciętnych i kiepskich. Mam nadzieję, że kolejne opracowania ukażą choć kilka takich modeli.