Kiev 30M & Minolta 16

11 X 2021

Mówiono o nich „szpiegowskie” z racji wymiarów. Lecz tajny agent, fotografujący wojenne plany po włamaniu się do ambasady, nie miałby z nich żadnego pożytku, gdyż ich jakość była marna. Minolta 16 jeszcze jako tako radziła sobie z zadaniami, czyli z naświetlaniem zdjęć pamiątkowych niskiej jakości, natomiast Kiev — to już zależy od egzemplarza, aczkolwiek nie znalazłem w sieci fotografii technicznie choćby poprawnych.

Wynika to nie tylko z faktu kiepskiego wykończenia aparatu, lecz też z powodu rozmiarów negatywu. W przypadku Kieva — 17x13 mm, dla Minolty — 14x10. Aparaty pracują z szesnastomilimetrową taśmą filmową, przy czym dla Kieva musiała być to taśma pozbawiona perforacji. Minolta zadowalała się klasycznym filmem, a oba modele naświetlały zdjęcia wzdłuż, jak w formacie 35 mm.

Film mieścił się w kasetkach, które można było także napełniać własnymi ładunkami na maksymalnie 20 zdjęć. Oba aparaty były w pełni manualne i oferowały możliwość wyboru czasów i przysłon, a Kiev dodatkowo posiadał pierścień ostrzenia. Charakterystyczny dla aparatów był sposób pracy. Łapało się je i rozciągało, co umożliwiało zrobienie zdjęcia. Potem należało aparat złożyć, co znowu przewijało film i naciągało migawkę.

A co łączyło obie konstrukcje? Kiev był kopią Minolty, a właściwie klonem, z własnymi rozwiązaniami, takimi jak pierścień ostrzenia. Poza tym zmieniono tu nieco wymiary kasety, przystosowanej do taśmy bez perforacji. Użycie klasycznego filmu 16 mm sprawiało, że kadry naświetlały się także na krawędzi z otworami, więc przy naświetlaniu odbitek należało proporcje zmienić w bardziej panoramiczne. Oczywiście oba modele należały do całej serii „szpiegów”, które między sobą różniły się w szczegółach i dodatkowym wyposażeniem.

Aparaty różnią się obiektywami. Biorąc pod uwagę rozmiar kadru, Kiev oferuje szerszy kąt. Instrukcja wspomina o 50 stopniach, a rozdzielczość obiektywu deklaruje na 50 linii w centrum, co miało dać zadowalającą jakość przy formacie odbitek 9x12 cm.

Postanowiłem użyć trzydziestoletniej taśmy filmowej ORWO UP 15, której wcześniej jeszcze nie sprawdziłem. Filmy takie występują w dwóch formatach, różniących się perforacją i przeznaczeniem. Polecam te o nazwie Super 8 i DS 8, ponieważ perforacja zajmuje tam mniej miejsca. Negatywy zostały wywołane w jednoprocentowym Fomadonie R09 w ciągu godziny. Kadry pochodzą z krakowskiego Lasu Wolskiego.

Problem jednak w tym, że film został zaatakowany przez grzyba i ogólnie okazał się być dość zniszczony. Falstart ujawnił coś jeszcze: aparat ten przepuszcza światło i jest bardzo nieodporny na poruszenia, a dotyczy to wszystkich czasów. Trudno rzec, czy to problem tego egzemplarza, czy całej serii.
Do drugiego podejścia odwinąłem zniszczoną część filmu i zastosowałem inne wołanie. Niestety maksymalny czas 1⁄30 sekundy i ograniczona jasności obiektywu sprawiają, że zdjęcia nawet ze słonecznego lasu będą dość mroczne.
Nie ma się co oszukiwać, przy tak małym rozmiarze obiektywu nawet na materiałach przeznaczonych do maleńkiego formatu filmowego jakim jest 8 mm, nie otrzymamy zbyt dużej ilości szczegółów.
Przydaje się za to możliwość zmiany płaszczyzny ostrzenia, dzięki której możemy łapać także całkiem bliskie plany. Z silnym światłem obiektyw także radzi sobie przyzwoicie.

Napis „Minolta” zobowiązuje i choć jest to prosta, trójelementowa konstrukcja, ostrość jest zdecydowanie lepsza niż w przypadku Industara. Obiektyw nie ma możliwości zmiany płaszczyzny ostrzenia, która prawdopodobnie ustawiona jest na odległość 2 metrów, lecz duża głębia ostrości łapie szczegóły po nieskończoność. Fotografując rozległe widoki warto jednak przymknąć nieco przysłonę.

Minolta wymaga taśmy z perforacją filmową 16 mm. Ponieważ użyłem materiału super 8, aparat ponakładał klatki na siebie i należy pamiętać, że tak się może stać. Dlatego zaprezentuję tutaj jedynie dwa ujęcia.

Widać tu całkiem przyzwoitą detaliczność, łącznie z rogami. Przypuszczalnie pole krycia ma spory zapas, biorąc pod uwagę kadr i wcale nie tak krótką ogniskową jak na jego wymiar.
Jednak tutaj także nie ma zapasu dla scen ciemnych i ziarno będziemy widzieć często. Zwłaszcza, że materiały do tak małych kadrów produkuje się w czułościach niskich.

Format tak zwany „szpiegowski” należy traktować jako ciekawostkę. O ile Minolta jeszcze jakoś sobie radzi, przypuszczalnie każdemu klonowi radzieckiemu należałoby się dokładnie przyjrzeć i przeprowadzić remont kapitalny. Ale nawet wtedy otrzymamy bardzo przeciętne zdjęcia, których jedyną zaletą będzie charakterystyczny, niechlujny wygląd, nawiązujący do pierwszych prób samodzielnego wołania zdjęć w latach szkolnych.