Olympus AF-10 mini

16 VIII 2021

Olympus był jednym z liderów aparatów kompaktowych, które z wyglądu bywały niepozorne, lecz to co istotne, czyli optyka i precyzja wykonania, można było zaliczyć do klasy wyższej. Może dlatego wśród świadomych fotografów kompakty Olympusa są dziś wybierane jako małe, niezawodne aparaty do fotografii ulicznej, a nawet pejzażowej.

Wśród linii bardziej znanych AF 10 mini stanowi mniej popularne urządzenie, które część elementów dzieli z całą serią kompaktów tego producenta, produkowanych w latach dziewięćdziesiątych. Jest solidnie złożony i dość mały, choć nie aż tak jak aparaty mju. Choć to w całości sztuczne tworzywo, nic tu nie skrzypi i nie ugina się.

Aparat należy to tak zwanych „małpek”, zatem dostaniemy tylko wyłącznik lampy oraz samowyzwalacz. Na pokładzie mamy także datownik, przydatny raczej tylko przy fotografii dokumentacyjnej. Skromne regulacje, data oraz licznik zdjęć ukazują się na niewielkim wyświetlaczu LCD. Z przodu znajdziemy kompleksową zasuwę obiektywu, światłomierza i wizjera jednocześnie. Moduł pięciopolowego autofocusa jest ukryty pod przyciemnianym pleksi.

Postanowiłem zajrzeć do środka. Sporo tu elektroniki. Na froncie widać głównie elementy wykonawcze oraz przetwornicę wysokiego napięcia. Odsłoniły się też układy optyczne autofocusa pracującego typowo, w podczerwieni. Widać też sensor światłomierza, który dzięki zasłanianiu go w chwilach, gdy zdjęć się nie robi, ma szanse pracować jeszcze długo.

Inteligentniejsza część elektroniki znajduje się na górnej płytce. Mamy tutaj dwa specjalizowane układy scalone oraz pola kontaktowe klawiatury i serwisowe. Gumka przewodząca środkowego styku spustu jest krótsza, zatem włączenie go następuje dopiero po pełniejszym jego dociśnięciu.

Z tyłu zobaczymy między innymi styki kodu DX, uproszczone do rozpoznawania jedynie 100 i 400 iso oraz dwulistkową migawko-przysłonę. Otwiera się do końca tylko przy dłuższych czasach, stopniowo redukując poziom otwarcia według nieujawnionego programu. Aparat dobrze się trzyma dzięki profilowaniu lewej — patrząc od frontu — strony, a pod lampą znajduje się bruzda, która zabezpiecza przed zasłonięciem jej palcem. Na spodzie znajdziemy gwint statywowy, który ma tutaj sens, bowiem najdłuższy czas przekracza sekundę.

Obiektyw omawianego aparatu sprawia wrażenie niepozornego. Światło wynosi jedynie F⁄4,5, ogniskowa też jest zachowawcza — 35 mm. Na budowę składają się tylko 3 soczewki. Jak zaraz zobaczymy, nie są to żadne plastikowe szkiełka, a powłoki są skuteczne. Obiektywem rządzi pięciostrefowy autofocus wybierany automatycznie. Jeśli można mieć do czegoś zastrzeżenia, to do minimalnej odległości ostrzenia równej aż 110 cm.

Poniższe zdjęcia zostały wykonane na negatywach Fomapan 100 i wywołane w Fomadonie Excelu W27. Kadry pochodzą z okolic Łętowni, Gronia, Zarębków i Jordanowa.

35 milimetrów jest wbrew powszechnej opinii ogniskową trudną, ponieważ jednocześnie działa tutaj już efekt oddalającej krótkiej ogniskowej, ale efekciarski sposób pracy szerokiego spojrzenia jest jeszcze ograniczony.
W związku z tym przy naturalnym spojrzeniu w górę, trzeba pamiętać, by nie otrzymać wielkiej płachty niczego. Niewiele dni w roku oferuje tak ciekawy wygląd nieba, zatem jeśli zanosi się na taką pogodę, lekko szeroki kąt będzie świetnym wyborem.
W przypadku braku takich chmur dobrze jest kadrować w dół. Trzyplanowa scena z nieobecnym w praktyce czwartym planem nieba obroni się, jeśli niebo owo zostanie w miarę szczelnie wypełnione wierzchołkami drzew, najlepiej o zróżnicowanych wysokości.
Przy sięganiu po plany bliskie należy dbać o zgrabną ich treść. Największym grzechem takich zdjęć jest przypadkowa, nie zawierająca niczego ciekawego połać trawy czy drogi.
Chyba, że sama droga stanowi ciekawą kompozycję, czego raczej nie mielibyśmy tutaj bez kałuż. Domknięcie góry czarnymi wręcz liśćmi pierwszego planu to także dość zgrabny i uniwersalny sposób na interesujący obraz.
Inna wersja drogi bez nieba. Tutaj dla odmiany sedno tworzą charakterystyczne korzenie, a światło maluje mgła, unosząca się zaraz po deszczu w gorący, letni dzień. Rogi zdjęcia, nieoświetlone, stanową zgrabne ramy.
Oczywiście model mieszany, czyli nieco nieba ze szczegółami i pierwszy plan z mocnym punktem będzie najbardziej uniwersalny. Pamiętać należy o trójpodziale i unikać łapania horyzontu środkiem.
Spójrzmy co obiektyw potrafi. Kontrast jest zupełnie zadowalający i nie ogranicza materiału. Szczegóły widzimy zarówno w cieniach z prawej strony, jak i w chmurach.
Leśne zdjęcie to zmora większości fotografów, ponieważ człowiek nie akceptuje faktu, iż w takich warunkach jest naprawdę ciemno i takie zdjęcia są często poruszone. Tutaj wystarczyło skorzystać z gałęzi, dającej pewne oparcie dla czasu naświetlania mniej więcej 1⁄10 sekundy.
Tu już było naprawdę ciemno i samo podparcie nie wystarczyło — zdjęcie nie ma perfekcyjnej ostrości. Trzeba pamiętać, że migawka, co jest rzadkością w kompaktach, potrafi otworzyć się na czasy dłuższe niż sekunda tylko, gdy wyłączymy lampę.
Autofocus w Olympusach był niezawodny i bliskie plany, jeśli tylko obwicie wypełniają kadr, zostaną złapane z pełną ostrością. Pamiętajmy jednak o ograniczeniu do 110 cm, o czym zresztą przypomni migająca dioda w wizjerze.
Z tego powodu makrofotografia nie będzie tutaj dostępna, ale i sama ogniskowa, jak i niewielka jasność sprawi, że to co bliskie i duże straci skalę i takie kadry mogą stać się przeładowane treścią, mimo że na żywo tak nie wyglądały.
Gdy światła będzie dość, obiektyw wynagrodzi nas wyjątkowo ostrym rysowaniem, lepszym niż to, czego można się spodziewać po tak prostym z wyglądu kompakcie.
Niska waga i brak ograniczeń długich czasów może być jednak pułapką, dającą poruszone zdjęcia. Jeśli włączymy lampę, zasłaniając ją ręką, dostaniemy gwarancję czasu maksymalnego równego 1⁄30 sekundy.
Aparat stworzono do dokumentowania rodzinnych uroczystości i imprez, lecz znakomicie spełni się także w pejzażu. Oprócz wysokiej ostrości i transmisji obiektywu należy go pochwalić za sprawny autofocus i pomiar światła, choć ograniczony jedynie do dwóch rozpoznawalnych czułości. I co najważniejsze, ładnie rysuje plan nieskończony, co nie jest takie oczywiste.

O ile seria mju stała się legendarna, a ostatnio także legendarnie droga, należy pamiętać, że Olympus stworzył całą grupę kompaktów podobnej jakości jeśli chodzi o optykę, autofocus i pomiar światła. Niektóre z nich, jak ten tutaj — są łatwo dostępne w niewysokich cenach. W tym wypadku obiektyw ma niższe światło, lecz w fotografii pejzażowej nie ma to szczególnego znaczenia. Najważniejsze, że nawet nieco uproszczona optyka nadal trzyma wysoki poziom, a automatyka pracuje na tyle dobrze, że brak jakichkolwiek regulacji nijak tutaj nie przeszkadza.