Olympus OM40 Program & Zuiko 1:4 75-150

14 II 2022

Jeśli zrobilibyśmy kategorię aparatów najfajniejszych, co by to nie znaczyło, wrzuciłbym tutaj serię OM Olympusa. I nie będę w tej opinii odosobniony. To zgrabne, niewielkie urządzenia, pozbawione sztucznych ograniczeń, wykonane perfekcyjnie, współpracujące z doskonałą optyką. Dziś zatrzymamy się nad jednym z ostatnich modeli amatorskich, OM-40

Aparat ten, w odróżnieniu od jednocyfrowych kamer profesjonalnych, tak naprawdę wcale amatorskim nie jest, gdyż posiada w zasadzie wszystkie użyteczne tryby pracy, dwa systemy pomiaru światła, a nawet możliwość wstępnego podnoszenia lustra, eliminującą do zera i tak już niewyczuwalny odrzut.

Choć aparat powstał w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, trzyma się wzorniczej tradycji, może z nieco mniejszą konsekwencją. Ciekawostką jest to, iż wygląd sugeruje użycie tworzyw sztucznych, jednak obudowa jest metalowa, pokryta charakterystycznym lakierem, a częściowo także elastyczną warstwą, przypominającą gładką skórę. Transport filmu i naciąg migawki mamy tu mechaniczny, lecz do całej serii aparatów można było dokupić winder, umożliwiający fotografowanie z szybkością trzech i pół klatki na sekundę. Cała reszta sterowana jest już mikroprocesorem, więc nawet po latach czasy będą odmierzane perfekcyjnie.

Seria konsekwentnie trzyma się zasad wygodnego dostępu do podstawowych parametrów. Mamy zatem duży pierścień czasów, pierścień przysłon znajdziemy zawsze w tym samym miejscu obiektywu, mamy także obowiązkowy przycisk podglądu głębi ostrości, w końcu jest też pokrętło korekty światłomierza, sprzężonego z deklaracją czułości. Dla mniej obytych w tych sprawach pokrętło to można ustawić w pozycji sczytywania kodu DX wprost z kasety.

Dla takich użytkowników stworzono także program automatyczny i powiadomienie o zbyt dużym kontraście, wymagające przełączenia się w system pomiaru centralnie ważonego lub też — w przypadku zaawansowanych użytkowników — podjęcia kroków związanych z korektą światłomierza albo zmianą kadru.

Prezentację systemu zaczynam od nietypowego, lecz bardzo uniwersalnego tele zooma. Stałe światło i użyteczne, choć ograniczone ogniskowe, sugerują produkt dobrej jakości. I tak też jest. O ile sam obiektyw nie wygląda efektywnie, a nawet rzec można by, jest trochę niespójny estetycznie, pod względem kultury pracy i jakości optycznej jest wzorowy.

Mimo dwukrotnej tylko krotności na całość pracuje aż 15 soczewek. Dzięki temu obraz jest niesłychanie ostry, także obecnie, na matrycach cyfrowych. Niestety taka ilość szkła sprawia, że należy uważać na bliki i sceny o dużym kontraście. Stąd pewno wbudowana, wygodna w pracy osłona przeciwsłoneczna. Przysłona składa się z ośmiu listków, które przy wartości F⁄5,6 ukazują zadziory, znikające po mocniejszym jej domknięciu.

Poniższe zdjęcia zostały wykonane na negatywie Fomapan 200 i wywołane w jednoprocentowym Fomadonie R09 w ciągu godziny. Kadry pochodzą z okolic Prehyby w Beskidzie Sądeckim oraz Rysianki w Beskidzie Żywieckim. Zdjęcia cyfrowe powstały w krakowskim Lesie Wolskim.

Ostrość — fenomenalna, a to przecież zoom. Trzeba tylko pamiętać o pułapce małej głębi ostrości dla takich ogniskowych, zatem chcąc mieć ostre wszystkie plany takiego zdjęcia, poniżej przysłony równej F⁄8 nie należy schodzić.
Przy przysłonie F⁄4 ostrość nadal jest poprawna i nie do końca wiadomo czy pewne rozmycia wynikają z wyjścia z płaszczyzny ostrości, czy z niedomagań optyki przy otwarciu przysłony do końca.
Przy ogniskowej 150 mm nawet przysłona ⁄8 nie wystarczy na złapanie w płaszczyznę ostrości wszystkich planów, ale w tym wypadku tak akurat ma być.
Przenosimy się w zimowy plener, kiedy to światła jest dość, a zamarznięte szczegóły krajobrazu wymagają szczególnie ostrej optyki.
Piętnaście soczewek nieco straszy, lecz jak widać, nie jest źle. Jedyne rozmycia świateł można dostrzec wśród gałęzi jodeł. Śnieg z pierwszego planu, mimo mocnego oświetlenia słońcem, zarejestrował się klarownie.
Zdjęcie prześwietlone, wszak przy przysłonie równej F⁄4 czas 1⁄1000 sekundy to za mało. Lecz takie sceny znoszą prześwietlanie bez problemu, a mała głębia ostrości ładnie wydobyła świerczek pierwszego planu.
Jak wspomniałem, przysłona F⁄8 wcale nie zrówna nam planów i o to chodziło. Teleobiektywy mają swoje prawa i należy je poznać.
Dystans minimalny to 160 cm, więc o makrofotografii nie ma tu co marzyć. Wystarczy jednak rozglądnąć się za motywem, który nie ma odnośnika skali, by móc osiągnąć ciekawe makro-efekty.
Zimą dobrze jest szukać kadrów z kontrastowymi chmurami. Dorównają one dynamiką połaciom śniegu, przez co zdjęcie będzie zrównoważone w całym zakresie: od pierwszego do ostatniego planu.
Szron, szadź, wszystko co najłatwiej znaleźć zimą w górach, to tematy dla dobrej optyki. Oczywiście można takie rzeczy oddać miękko, lecz raczej skupiając się na detalu, a nie jak tutaj — płaszczyznach pełnych różnych drobnych struktur.
I raz jeszcze, na koniec znakomite ostrzenie zooma. Jednak to jest tylko klasyczny mały obrazek, przyjrzyjmy się, co obiektyw potrafi z cyfrą.
Bagnet OM współpracuje dobrze z większością cyfrowych systemów. Zdjęcie z Canona 5D zdradza ogromny potencjał obiektywu w zakresie ostrości.
Rozmycia także należą do najwyższej jakości efektów, charakterystycznych dla obiektywów stałoogniskowych.
Otwarty obiektyw ładnie wydobędzie elementy z pierwszego planu, łagodnie rozmywając te z planów dalszych.
I na koniec taka ciekawostka, czyli „opad liści”. Wystarczy wymusić pracę przy czasie rzędu 1⁄30 sekundy i zaczaić się na podmuch wiatru, który wymaluje nam taki efekt.

OM40 jest ostatnim dwucyfrowym Olympusem, nie licząc konstrukcji tylko zaliczanych do tej grupy, a produkowanych przez firmy trzecie. To model dość jeszcze młody, dopracowany, a przede wszystkim wyposażony we wszystko to, czego brakowało w modelach starszych, sztucznie ograniczanych. Jest na szczęście niedoceniony i przez to dość tani.

Podobnie obiektyw, będąc zoomem z epoki, zwykle odrzucany jest na wstępnie na rzecz narzędzi stałoogniskowych, o lepszym świetle, gdy tymczasem nie ma nic wspólnego z mydlanymi teleobiektywami, tak często wówczas produkowanymi. I co najważniejsze, ze współczesnym sprzętem cyfrowym będzie go czekać druga młodość.