Praktica BX20 & Prakticar AF

23 VIII 2021

Pod koniec lat siedemdziesiątych właściwie każdy liczący się producent aparatów używał bagnetów. Praktica wciąż bazowała na gwincie, który ograniczał szybkość zmiany obiektywów tam, gdzie było to istotne. A poza tym po prostu bagnet był modny. Wybrano nieszczęśliwie standard własny, niekompatybilny z niczym, lecz Pentacon, będąc jednak potentatem w demoludach, mógł sobie na to pozwolić, tym bardziej, że wierzono, iż socjalizm będzie trwać wiecznie.

Do szczegółów słynnego złącza PB jeszcze kiedyś powrócę, skupmy się na samym aparacie. BX20 jest jednym z ostatnich dzieci serii, projektowanym już w smutnym NRD, rządzonym przez radę skorumpowanych starców. I o ile projekt czerpał ze sporych doświadczeń własnych i podglądania innych, wykonanie było już tylko cieniem sprzętu starszego. Odrzucono patentowy system łapania filmu na rzecz zwykłej szpulki — i dobrze. Nie odrzucono za to pomysłu z ukośnym klinem — źle. Wprowadzono zmyślny system powiadamiania diodami świecącymi o czasie ustawionym i mierzonym — bardzo dobrze. Okleiny nadal nie są chętne trzymaniu się obudowy, ale nie jest aż tak źle jak we wcześniejszych modelach.

Migawka jest produktem japońskim i nie jest już sterowana mechanicznie. Dzięki temu w trybie automatycznym pracuje bezstopniowo. Aparat ma możliwość wprowadzania korekcji kompensacji oraz pamięć pomiaru. W zasadzie stanowiłby dobre narzędzie świadomego fotografa, gdyby tylko był niezawodny.

Obiektyw nie ma nic wspólnego z NRD i jest produkcją Sigmy. Jego nazwa oryginalna to Sigma AF ZOOM 55-200, a został zaprojektowany specjalnie do systemów niewspierających autofocusa. I to jest jego główna cecha stanowiąca o oryginalności: obiektyw posiada własne zasilanie. Pod klapką znajdują się trzy ogniwa AAA. Aby skorzystać z autofocusa, należy każdorazowo włączyć zasilanie przełącznikiem znajdującym się na korpusie. Przełącznik ten zarazem wysprzęgla napęd autofocusa, więc ręczne ustawianie ostrości jest możliwe tylko po wyłączeniu elektroniki obiektywu. Ponieważ z bagnetu można otrzymać sygnał pomiaru światła, ostrzenie następuje automatycznie podczas wciskania spustu do połowy. Na obudowie znajduje się także przycisk wyostrzania ręcznego. Dlatego system współpracował nawet z w pełni ręcznymi systemami w standardzie M42

Jak działa autofocus? No cóż, przede wszystkim powoli. O jakimkolwiek sporcie czy nawet dokumencie można zapomnieć. Właściwie nadawał się do tylko pejzażu czy portretowania cierpliwych modeli. Niestety także był omylny, co zobaczymy za chwilę. Po części wynika to z tego, iż nie widać jego pola działania. Pracuje on zupełnie niezależnie od aparatu i powinno się mu wystawiać jednoznaczne, duże powierzchnie znajdujące się w centrum kadru.

Biorąc pod uwagę powyższe oraz niewyszukaną jakość optyczną, obiektyw był po prostu drogim bajerem. Z całą pewnością pieniądze można było zainwestować lepiej. Przy swoich ograniczeniach trzeba uczciwie rzec, iż mechanicznie urządzenie jest wykonane z najwyższą precyzją. Światło jest stałe i wynosi F⁄4,5, zmiana ogniskowej nie zmienia wymiarów obiektywu, a całość jest solidna, szczelna i ciężka. Wewnątrz znajduje się aż 15 soczewek, a przysłona stanowi regularny sześciokąt.

Poniższe zdjęcia zostały wykonane na negatywach Fomapan 100 i wywołane w Fomadonie Excelu W27. Kadry pochodzą z okolic Łętowni, Gronia, Zarębków i Jordanowa.

Zacznijmy od tego, co dobre. Przysłona F⁄8 przy ogniskowej około 135 mm i nieco nieostry przód — ponieważ nie zmieścił się w głębi ostrości. Jednak ogólnie jest dobrze, a ostatni plan trzyma ostrość.
Warunki podobne, lecz tym razem pierwszy plan znajduje się na tyle daleko, że całość mieści się w płaszczyźnie ostrzenia. Jest ostro, choć nie tak klarownie, ponieważ jednak drzewa siedzą w cieniu, a jak wiadomo, stare zoomy to nie narzędzia do pracy pod światło.
To, co niektórzy lubią najbardziej — maksymalne wyciągnięcie, minimalna przysłona. Rozmycie tła spełnia normy estetyczne, choć do stałoogniskowych obiektywów brakuje wiele.
Ustawienia podobne, lecz zdjęcie ze statywu. Autofocus nie trafia do końca, lecz w tych warunkach można mu wybaczyć, jako że plan jest ciągły i po skosie.
Znowu 200 mm i przysłona otwarta, lecz plan pierwszy znajduje się już w takiej odległości, że ostatni jest tylko lekko rozmyty. Nie jest to rozmycie szczególnie piękne, jak to w skomplikowanych zoomach bywa.
Nieco krócej, przysłona otwarta do końca. Przykład zdjęcia, w którym autofocus trafił, choć scena była trudna z racji wielu przeszkadzajek na planach bliższych.
Przy przysłonie F⁄5,6 zaczynają pojawiać się problemy z detalami. Obiektyw nie jest już wybitnie ostry, aczkolwiek w tym wymiarze zdjęcia tak tego nie widać.
A tutaj już przykład zdjęcia przestrzelonego. Autofocus skupił się niestety za głównym obiektem. Mając w wizjerze pryzmat, należy za każdym razem rzecz tę sprawdzić.
Tutaj już usprawiedliwienia nie ma. Obiektyw dość, że nie trafił w wychodek, to jeszcze ogólnie całe zdjęcie nie grzeszy ostrością, co wynika z otwarcia przysłony.
Mimo zachowania czasu równego 1⁄100 sekundy, zdjęcie jest nieostre, na co złożyła się otwarta przysłona oraz poruszenie, którego źródłem jest odrzut.
Parametry podobne, lecz przynajmniej ostrość trafiła. Widać, kontrastowe obiekty pozytywnie wpływają na działanie automatyki obiektywu.
Tym razem automatyka został wyłączona, w ruch poszedł statyw i samowyzwalacz. Przy przysłonie F⁄8 i czasie rzędu części sekundy, zdjęcie jest ostre i trafione jak należy.
Jasność F⁄4,5 nie pozwoli na żonglowanie planami, zwłaszcza przy krótszych ogniskowych. Te zaś są dobrane przyjemnie, schodząc do standardu względem typowych 70 milimetrów takich tele zoomów. To, jak i większość poprzednich zdjęć, nie jest jednoznacznie złe, ale czegoś mu brakuje. Być może po prostu objawiła się stara zasada, dla współczesnej optyki już nieaktualna — zoomy to takie gorsze stałki.

BX20 stanowi symbol upadku NRD. Z jednej strony to aparat ambitny, wygodny i przemyślany. Z drugiej jednak budżet bardzo już się nie spinał i co się dało, zastąpiono kiepskim tworzywem. Stabilna praca wymaga każdorazowego przetarcia styków gałek, a siłowanie się z czymkolwiek grozi katastrofą. I można by z tym żyć, gdyby nie nieco większy odrzut niż w starszych modelach.

Prakticar AF jest interesującym dziwactwem, które może zbudzić zainteresowanie na plenerach. Jednak dobre zdjęcia zrobi dopiero po znacznym przymknięciu i najlepiej wyłączeniu autofocusa. Unikanie zbyt mocnych kontrastów także bywa zalecane, aczkolwiek wypada dodać, że dotyczy to ogólnie zoomów z tamtego okresu poza nielicznymi, wybranymi i zwykle drogimi modelami.