Revueflex 2000 CL & Porst 1,7⁄50

17 I 2022

Aparat przedstawiony dziś występował pod kilkoma markami. Nie był to jednak anonimowy produkt niskiej klasy, to japońskie urządzenie precyzyjne o sporych możliwościach, mimo pozbawienia go elementów tak naprawdę mniej przydatnych.

Przede wszystkim zestaw mechanicznych czasów tym razem obejmuje przedział od sekundy do jednej tysięcznej, a lamelki są zbudowane z tytanowych blach. Na pokładzie znajdziemy światłomierz, który jest niesprzężony i wymaga ręcznego doboru czasów i przysłon do wskazań widocznych w wizjerze. Podobnie jak w modelu Ricoh SLX 500, także tutaj rozdzielono pomiar światła i spust na dwie dźwignie, co ma swoje zalety i wady. Obiektywy — w standardzie M42 — winny mieć mechanizm popychacza przysłony albo należy przysłonę domykać ręcznie.

Istnieje tutaj jeszcze jedna ciekawostka. Po naciągnięciu dźwigni samowyzwalacza i uwolnieniu go spustem, lustro podnosi się natychmiast. Dzięki temu przy pracy ze statywu można zredukować i tak już niewielki odrzut praktycznie zupełnie. O ile poprzedni aparat miał znaczące ograniczenia czasów, ten wręcz stworzono do pracy w kiepskim świetle, także dzięki wymienionej funkcji wstępnego podnoszenia lustra. Był to zatem aparat mający wszystko czego potrzeba zaawansowanym amatorom, pod warunkiem, że ci rozumieli takie pojęcia jak czas i przysłona oraz konsekwencję wybrania konkretnych wartości. W 1976 roku było to jednak standardem.

Aparat zwykle był zestawiany z obiektywem o jasności F⁄1,9 jednak postanowiłem przetestować nieco jaśniejszy standard Porsta z roku 1973. Był to produkt Cosiny, bardzo przyzwoitej jakości, podobnie jak aparat, sprzedawany pod różnymi markami. Jest w pełni metalowy, wygląda klasycznie i takie poczucie daje w dotyku, wciąż pracując płynnie.

Wewnątrz znajduje się sześć soczewek i z takiej ilości listków składa się także przysłona. Z boku znajdziemy spotykany czasem w takich konstrukcjach przełącznik, który pozwala domykać przysłonę popychaczem albo ręcznie, pierścieniem.

Poniższe zdjęcia zostały wykonane na negatywie Fomapan 200 i wywołane w jednoprocentowym Fomadonie R09 w ciągu godziny. Kadry pochodzą z okolic Rabki oraz z trasy Galicyjskiej Kolei Transwersalnej, a zdjęcia cyfrowe — z Krakowa i krakowskiego Lasu Wolskiego.

Spójrzmy na okolice, przez które musiała się przebić wspomniana kolej transwersalna. No cóż, Porst pod byle czym się nie podpisywał i tak jest i w tym przypadku. Ostrość jest znakomita, a kadr — wyrównany.
Późna jesień ułatwia pracę z filmem czarno-białym, ponieważ już w wizjerze kolory są ograniczone i dużo łatwiej wyobrazić sobie, co ostatecznie ujrzymy na zdjęciu.
W okolicach Rabki elementy infrastruktury technicznej z epoki znajdziemy w wielu miejscach. Znikają one rok po roku na rzecz współczesnych, już nie tak urokliwych.
A oto już klimatyczna stacyjka w Rabie Niżnej. Od lat nieczynna, jednak jako oficjalny zabytek, ma szansę przetrwać zbliżającą się zawieruchę. Czarno-białe materiały nie tylko nie ograniczają, ale wręcz świetnie pasują do treści zdjęcia.
Obiektyw rysuje bardzo dobrze już od przysłony F⁄2,8. Przy takim świetle można wydobyć detale semafora, jednocześnie dystansując tło do poziomu zupełnie nieprzeszkadzającego.
Oto jedna z nielicznych już zalet klasyki nad cyfrą: bezkarne patrzenie w słońce. Dlaczego jednak zdjęcie zostało skadrowane? Cudów nie ma, zaraz po lewej stronie wyrosła ogromna flara. Odcięcie tej części zdjęcia nie umniejszyło mu w niczym, zwłaszcza że nie było tam interesującej treści.
Odejdźmy znów od torów. Przysłona F⁄2 pozwala zasymulować średni format, choć oczywiście to przybliżenie tylko tego, co daje jasna optyka na negatywie 6x9
Przysłona F⁄5,6 przy ogniskowych standardowych należy do przysłon „niezdecydowanych”. Z jednej strony nic tu nie jest mocno rozmyte, z drugiej — ostatni plan jednak ostry nie jest. Zalecana jest ostrożność przy wybieraniu tej wartości.
Przy przysłonie F⁄8 efektu tego prawie już nie ma. Zawsze gdy jest okazja, dobrze wyeksponować chmury, sprawnie współpracujące z filmem czarno-białym, jeśli tylko są wystarczająco kontrastowe.
Dalsze podbijanie przysłony nie uczyni obiektywu ostrzejszym, zatem takich wartości można używać tylko w charakterze ograniczania światła.
Pierwsze śniegi doskonale zagrają z czarno-białym filmem, urozmaicając szarości białymi połaciami. To krótka pora roku między ciemnym końcem jesieni, a białą zimą w pełni i warto właśnie w tych dniach wybrać się na zdjęcia.
A jak obiektyw radzi sobie z aparatami współczesnymi? Po domknięciu — doskonale, także jeśli wziąć pod uwagę oddanie koloru.
Jak mówiłem, obiektyw pracuje przyzwoicie od przysłony F⁄2,8. Otwarty rozmywa obraz bardzo charakterystycznie, w niekoniecznie najpiękniejszy sposób. Traktujmy to światło jako gratis.
Bardzo ciekawie obiektyw wypadnie na matrycach niepełnoklatkowych. W Olympusach zrobi się nam z niego ekwiwalent stumilimetrowego tele, przy czym — pracując centralną częścią — nadal będzie bardzo ostro.
Przysłona F⁄4 wystarczy do uzyskania ładnego rozmycia, a elementy w płaszczyźnie ostrzenia będą wyglądać świetnie.
Można doszukać się delikatnej dominanty oziębiającej, lecz jest to naprawdę subtelne. W wielu przypadkach korzystnie wpłynie na kolorystykę takich oto późnojesiennych kadrów.

Revueflex 2000 CL to bardzo przyjemny aparat dla początkujących sympatyków fotografii klasycznej. Nie ograniczy, nauczy myśleć i właściwie zrobi się nim wszystko. Jedyny problem potencjalny może czaić się w światłomierzu, lecz nie jest to aparat dla spieszących się, zatem rolę urządzenia mierzącego światło może przyjąć aparat cyfrowy bądź nawet smartfon.

Standardowy Porst okazał się być obiektywem ponadczasowym. Mechanicznie — doskonały, optycznie — ostry, z niewielką aberracją chromatyczną, używalny od przysłony F⁄2,8 będzie narzędziem tańszym od wszelkich Takumarów czy Zuiko, dając praktycznie to samo. Pamiętać należy tylko, że prezentowane w tej historii zestawienie to tylko przykład bardzo popularnych w owym okresie kamer i optyki produkowanych przez Japończyków, a sprzedawanych pod wieloma nazwami, często związanymi tylko z sieciami sprzedażowymi.