Sokół 2 & Industar 70

14 VI 2021

Sokół — czym miał być? Chyba rzuconym w świat „Мы тоже можем!” Gdy w 1966 roku poznano smak automatów, Rosjanie w najlepsze produkowali głównie kopie przedwojennych niemieckich aparatów. Ładnych, sprawnych, ale przedwojennych. A mimo, że в Советском Союзе находится все, były jednak takie rzeczy, których nie było i trzeba je było kupić za dewizy. Inżynierowie z leningradzkiego Łomo dostali zadanie: zbudować aparat, który będzie można bez kompleksów postawić obok tych z obozu imperialistycznego. W założeniach miał być to zaawansowany dalmierz z możliwością pracy automatycznej, ale i w pełni ręcznej, i na dodatek z różnymi bajerami. No i ładny, a nie jakiś czołg. I udało się.

Tym razem nie skradziono żadnego projektu, lecz zbudowano urządzenie od podstaw. Choć nie do końca: projekt mechanizmu migawki został zakupiony od Japończyków — występował m. in. w aparacie Fujica 35 Auto M. Ale na potrzeby Sokoła został przebudowany. Dzięki temu aparat posiada czas minimalny równy 1⁄500 sekundy przy centralnej migawce, co jest bardzo ładnym osiągiem. Pamiętajmy, że można przy tym czasie synchronizować błysk lamp. Poza tym dalmierz posiada dość szeroką bazę równą 67 mm z korektą paralaksy, zarówno w pionie i poziomie. Mało tego, parametry pojawiały się w wizjerze, niczym we współczesnych aparatach z wyświetlaczami LCD. Oczywiście nie było tam żadnych wyświetlaczy, ale skomplikowany system luster półprzepuszczalnych.

No i najważniejsze: możliwość pracy automatycznej w dość skomplikowanym programie z częściowym priorytetem czasu. Był to zarazem pierwszy radziecki aparat używający siarczku kadmu zamiast selenu, który jest znacznie trwalszy i dokładniejszy, dzięki czemu automat wciąż jeszcze jako-tako funkcjonuje.

Wydawać by się mogło — sukces murowany. A jednak nie. Po pierwsze: tak duże skomplikowanie tego, co w sumie miało być proste, ograniczyło czasy do 1⁄30 sekundy. Nie było samowyzwalacza. No i obiektyw: był, ale na zawsze. Wynikało to z faktu, iż jego wnętrze kryło mechanikę migawki. Nawet ogniskowanie nie polegało na przesuwaniu całości, jak większości przypadków, a dotyczyło tylko zewnętrznych soczewek. Więc o wymianie obiektywu nie było mowy. Poza tym Związek Radziecki i precyzja razem nigdy dobrze się nie miały. Sokoły psuły się, zwłaszcza że należało tam przestrzegać pewnych reguł, których oczywiście nie przestrzegano, bo po co czytać instrukcję?

Sokół był zbyt drogi dla amatorów, a zawodowcy go nie potrzebowali. W jego cenie można było mieć Zenita z dwoma obiektywami. Do tego był duży i ciężki. Wyszedł jednak czołg, chociaż ładny. Ale nie z bliska. Logo stanowiło jakąś jarmarczną blaszkę przylepioną glutem, a nie był to jeden detal, o którym można było dyskutować. Zatem po wyprodukowaniu 400 tysięcy tych aparatów, w 86 roku linię zamknięto. Po drodze pojawił się jeszcze Sokół 2, tutaj prezentowany. Był to jednak dokładnie ten sam aparat, tylko że z gorącą stopką i małymi zmianami graficznymi.

Sokół posiada wbudowany na stałe obiektyw Industar 70. Jest to klasyczny czteroelementowy Tessar, w którym użyto szkła lantanowego, pozbawionego promieniotwórczego izotopu. Zatem obiektyw ma wszelkie zalety Tessara dobrej klasy i tak jest w rzeczywistości: ostrość i kontrast. Dodajmy, że ogniskowa wynosi 50 mm, a jasność F⁄2,8. Przysłona składa się z pięciu listków i w każdej pozycji przypomina nieco zaokrąglony pięciokąt.

Poniższe zdjęcia zostały wykonane na negatywach Fomapan 100 i wywołane w Fomadonie Excelu W27. Kadry pochodzą z okolic Mnikowa oraz krakowskiego Lasu Wolskiego.

Przy przysłonie osiem i otwartych, słonecznych kadrach jest ostro i detalicznie. Ze względu na stopień skomplikowania i podział grup soczewek, obiektyw jest podatny na przekoszenia, co w minimalnym stopniu miało tu miejsce. Jednak przy tak dużych wartościach przysłony jest to niewidoczne.
Przysłona F⁄5,6 wciąż daje radę takim zdjęciom. Niewątpliwie tego dnia sprzyjała pogoda, niebo było na tyle dynamiczne, że obeszło się bez filtrów.
Przysłona F⁄4 zdradza problem przekoszenia, o którym wspominałem. W niewielkim stopniu, ale już namacalnym. Należy liczyć na to, że jednak istnieją gdzieś Sokoły o wzroku sokoła. Na pocieszenie dostajemy fantastyczny tessarowy kontrast.
Otwórzmy zatem przysłonę do końca. Minimalna odległość ostrzenia to 80 centymetrów. Mogłoby być lepiej, ale do tego typu ujęć wystarczy. Tło rozmyte jest w sposób miły i estetyczny.
Podobny motyw, lecz pozbawiony bezpośredniego oświetlenia słonecznego. Ciekawie wyglądają elementy przecinające płaszczyznę ostrzenia, jak źdźbła trawy.
Jak to z większością obiektywów bywa, różnica między otwartą przysłoną, a przymkniętą o jedną działkę zawiera się w dyfuzji świateł. Przy przysłonie równej F⁄4 zjawisko to praktycznie nie występuje.
Po otwarciu przysłony jest widoczne nawet przy braku światła słonecznego. Ma to swój urok, ale i swoje ograniczenia.
Zatem tam, gdzie potrzebujemy klarownego obrazka, warto domknąć obiektyw lekko.
A tam, gdzie interesuje nas pewna malarskość, należy skorzystać ze wszystkiego, co dała fabryka.
Na koniec jeszcze obraz jednoplanowy widziany obiektywem lekko tylko przysłoniętym.
I kadr wykonany przy przysłonie F⁄5,6, gdzie już każdy element spoczywa w płaszczyźnie ostrzenia.

Sokół to aparat na pewno interesujący, choć nie uniwersalny. W zasadzie będzie to kamera — niespodzianka. Trzeba go poznać i wyłuskać wszelkie błędy. Dopiero wtedy odwdzięczy się specyficznymi obrazami, charakterystycznymi dla albumów sprzed półwiecza. Jego mocną stroną jest obiektyw i jeśli tylko będzie sprawny, nada się świetnie do trudnych, kontrastowych acz dobrze oświetlonych scen.