Zenit TTL & Jupiter 37A

19 VII 2021

Trudno uwierzyć, lecz początków Zenita należy szukać w Leice. Powstał z przekształcenia jej kopii — Zorkij, po adaptacji mechanizmu do pracy z lustrem. Była to jednak seria traktowana nieco po macoszemu, mniej precyzyjna i gorzej wykonana od radzieckich dalmierzy. Zenit TTL jest modelem z późnych lat siedemdziesiątych i nawiązuje wyglądem do światowych trendów. Zaopatrzony w zintegrowany z wizjerem światłomierz pozwalał dokonywać wszelkich nastaw bez odrywania oka od kadru. I choć wizjer nadal obserwował jedynie 2⁄3 kadru, w końcu otrzymał mikroraster, dzięki któremu wzrosła precyzja ostrzenia.

Niestety zintegrowanie światłomierza pociągnęło za sobą konieczność domykania przysłony spustem, co sprawiło że ten pracuje nierówno i wymaga znacznej siły docisku. Wraz z odrzutem było to przyczyną powstawania poruszonych ujęć przy dłuższych czasach. A tych także nie było zbyt wiele: od 1⁄30 do 1⁄500 sekundy. Dzięki popychaczowi uzyskano przy okazji podgląd głębi ostrości. Istnieje możliwość usunięcia tego systemu i domykania przysłony jak w modelach E i wcześniejszych, dzięki czemu praca spustu będzie o wiele przyjemniejsza.

Migawka jest płócienna, pracuje w poziomie i jest dość delikatna. Większość Zenitów dostępnych na rynku występuje z potarganą lub pozwijaną migawką, co blokuje resztę mechanizmu i jest przyczyną jeszcze większych uszkodzeń na skutek prób uruchomienia aparatu.

Światłomierz Zenita TTL używa galwanometru, który jest wygodniejszy od późniejszych diod świecących, ponieważ pozwala ocenić, co prawda zgrubnie, także odchylenie od prawidłowego naświetlania. Dodać należy, że obecnie światłomierze Zenitów cechuje już duża niedokładność i raczej nie należy ich używać.

Zenity bezapelacyjnie były najpopularniejszymi lustrzankami w Europie Wschodniej, a więc i w Polsce. Ich wady w większości wypadków były niedostrzegane, a możliwość pracy z wieloma obiektywami istotną zaletą, nawet jeśli właściciel i tak w końcu pozostawał na etapie pracy z jednym, dostarczonym fabrycznie Heliosem. Często jednak dokupywano szerokokątnego Mira oraz teleobiektyw — Jupiter 37A, który z całej trójki oferował jakość najwyższą.

Jak to zwykle bywa w przypadku sprzętu radzieckiego, Jupiter 37A bazuje na niemieckim Sonnarze 135 mm o jasności F⁄3,5 i to jest bardzo dobra wiadomość, bo jakość pierwowzoru jest świetna. Szybciej będzie wymienić wady Jupitera: lekkie ocieplanie barw, w przypadku współpracy z aparatami cyfrowymi do pominięcia oraz niewielki spadek kontrastu przy domykaniu przysłony, będący skutkiem wewnętrznych odbić od jej listków. I to chyba wszystko. Obiektyw składa się z czterech soczewek i ma praktycznie okrągłą jedenastolistkową przysłonę. Można nim ostrzyć od 120 centymetrów. W zestawie znajduje się wąska osłona, co dodatkowo ogranicza i tak już niskie łapanie flar.

Poniższe zdjęcia zostały wykonane na negatywach Fomapan 100 i wywołane w Fomadonie Excelu W27. Kadry pochodzą z Doliny Kościeliskiej i Ornaku w Tatrach.

Ostrość to główny atut tego szkła. W przypadku tak trudnych scen, gdzie zwykle otrzymuje się szare plamy, tutaj mamy bogactwo detali.
Jedyne, co będzie ograniczać, to przejrzystość powietrza, bo przy ogniskowej 135 mm to dalekie plany będą często tematem zdjęcia, a jak pokazuje doświadczenie, kilkukilometrowe dystanse nieskażone mgłą nie zdarzają się zbyt często.
Z taką ogniskową należy uważać przy podejmowaniu decyzji o czytelności planów. Albo separujemy je, albo łączymy — ale w tym wypadku należałoby jeszcze dobić przysłonę do F⁄11, ponieważ tutaj jeszcze ostrość w pełni nie objęła planu pierwszego.
Obok ostrości mocną stroną jest kontrast. Poza wspomnianym ogólnym, lekkim spadkiem w miarę wzrostu przysłony, kontrast lokalny jest przyzwoity i pozwala na zgrabne rysowanie takich scen.
Z tego też powodu nie ma szczególnych problemów z wyciąganiem szczegółów z cieni. Tu już prędzej może ograniczać materiał filmu albo matryca.
Niestety tym razem zawiódł już światłomierz. Prześwietlanie otwartych scen było w Zenitach spotykane często, także w czasie ich produkcji.
Zjawisko to ma także miejsce w scenach o silnych światłach, jak te tutaj, odbijające się w wodzie. Silne prześwietlenie wzmocniło ziarno i zaburzyło tonalność.
A jak pracuje otwarty obiektyw? Jest nadal bardzo ostry i ładnie separuje sceny, mimo iż plan środkowy znajdował się już kilka metrów od obiektywu.
Przy bliższym dystansie separacja jest oczywiście silniejsza, a rozmycie po prostu bardzo ładne.
I raz jeszcze plan zasadniczy w minimalnej dla tego obiektywu odległości 120 cm, a tło — w nieskończoności. Nawet dla przysłony F⁄5,6 dystansowanie jest wyraźne, a równocześnie czytelność planów jest zachowana.
Na koniec jeszcze niezwykle ostry i dynamiczny obraz, który jest charakterystyczny dla tego niepozornego obiektywu.
Z pewnością interesujące będą rezultaty współpracy Jupitera z aparatem cyfrowym. Spójrzmy na kilka ujęć z Canona 5DII. Obiektyw jest otwarty, subtelność rysowania wręcz zadziwia. Przy czym nie jest to obraz neutralny, a odrobinę malarski, być może po części ze względu na lekkie zabarwienie.
Mroczne ujęcia z drobnymi światłami obiektyw przenosi bardzo dobrze, bez rozświetleń i blików.
Zabawa głębią ostrości kusi na każdym kroku, w czym oczywiście pomaga długa ogniskowa.
I jeszcze zdjęcie na najkrótszym dystansie. Jest tu wszystko: detal, kolor, kontrast i piękne rozmycie tła.

Jupitera oczywiście znam od dawna i wiedziałem czego można się po nim spodziewać. Doceni go sprawne body M42, najlepiej japońskie. Jednak postanowiłem zestawić go z aparatem, z którym zwykle go używano. Zenity, jeśli są sprawne, oferują minimum przyzwoitości, aczkolwiek sprawny Zenit to rzadkość. Ten egzemplarz nie miał problemów mechanicznych, lecz na światłomierzu nie ma tu co polegać. Dlatego przy wyborze aparatu polecam modele dalekowschodnie, zwłaszcza że cena tych mniej popularnych zrównała się z aparatem radzieckim. Co innego obiektyw — bez kompleksów można go przypinać do dowolnego systemu, łącznie z najnowszymi aparatami cyfrowymi.