Zorkij 10 & Industar 63

12 VII 2021

Na początku lat sześćdziesiątych na zachodzie już w pełni karierę robiły aparaty, jak mówiono wtedy „automatyczne”, choć dziś rzeklibyśmy: z częściową automatyką tylko, bo przede wszystkim autofocus dopiero się rodził, a czułość wciąż należało nastawiać ręcznie. Rosjanie jak zwykle sięgnęli do sprawdzonych wzorców i skopiowali nieco ekscentryczny dalmierz Ricoh Auto 35V. Nie była to niewolnicza kopia, ale mocna inspiracja, także w kwestii wyglądu. A ten był oryginalny i co ciekawe, w wersji radzieckiej jeszcze bardziej ekscentryczny. Począwszy od charakterystycznego kształtu niemal idealnej kostki, przez umieszczenie manipulatorów na obiektywie, po osadzenie dźwigni przewijania na spodzie aparatu. Możemy założyć, że to posunięcie Rosjan miało na celu przede wszystkim atak rynków zachodnich, który miał dostarczać cennych dewiz. I tak było, choć o sukcesie raczej mówić ciężko.

Nie była to jednak typowa małpka do pstrykania pamiątek. Aparat — zarówno pierwowzór jak i radziecki odpowiednik — dysponował przyzwoitym obiektywem o niemałej jak na ówczesne standardy jasności F⁄2,8 Wspierał go mechanizm dalmierza o daleko lepszej dokładności niż wymagana. Innowacyjność tkwiła w światłomierzu sprzężonym z nastawnikiem czasów i przysłon jednocześnie, pracującym w sobie tylko znanym programie. Niestety brakło tu pełnego trybu ręcznego, mamy w nim wyłącznie dwa czasy: 1⁄30 i B przy dowolnych przysłonach, gdzie w trybie automatycznym minimalny czas to 1⁄500 sekundy. Można także wprowadzać korekty wskazań światłomierza, o czym wspomina producent, w sposób jednak mało finezyjny: zmieniając deklarowaną czułość filmu.

Niestety, podobnie jak z Sokołem — nie wyszło. Precyzja zgubiła konstruktorów i aparat był zawodny. Do tego ważył aż 750 gramów. Miał też jedną fatalną cechę: twardy spust o ponad trzycentymetrowym skoku. Mimo delikatnej migawki on sam powodował odrzut, który niszczył ostrość praktycznie każdego ujęcia w trybie manualnym. Dlatego też po wyprodukowaniu 400 tysięcy sztuk tych aparatów serię zamknięto.

Ten model Zorki posiada obiektyw wbudowany na stałe. Jego ogniskowa wynosi 45 mm, a jasność F⁄2,8 i jest to czteroelementowy Tessar. Wartość ogniskowej jest dość nietypowa jak na radzieckie standardy, jednakże różnica między typową pięćdziesiątką w praktyce jest symboliczna. Przysłonę tworzy pięć listków, dających lekko tylko zaokrąglony pięciokąt. Jak się okazało, osiągi optyczne są bardzo przyzwoite.

Poniższe zdjęcia zostały wykonane na negatywach Fomapan 100 i wywołane w Fomadonie Excelu W27. Kadry pochodzą z okolic Bogdanówki i Koskowej.

Zacznę od końca, czyli zdjęcia z najbliższego dystansu, równego dla tego obiektywu aż półtora metra i wymuszonej przysłony równej F⁄2,8 Bardzo ładne rysowanie i rozmywanie tła wywołuje żal, że ten obiektyw nie powstał w formie wymiennej dla jakiegokolwiek systemu.
Fatalny spust potrafi zepsuć większość zdjęć. Widać tu wyraźne poruszenie w pionie, typowy problem zdjęć z dziesiątej Zorki. Polecam użycie statywu i samowyzwalacza, jedynego sposobu obejścia problemu.
Bardzo staranne wciskanie spustu pozwoli wykonać ostre zdjęcie, ale niestety nie ma gwarancji, że za każdym razem się to uda.
Obiektyw najlepiej radzi sobie z planami bliższymi i prawdopodobnie było to zamierzone przez konstruktorów ze względu na potencjalne zastosowanie aparatu, czyli tworzenie tak zwanych zdjęć pamiątkowych.
Szkło to wykazuje bardzo miły kontrast, radząc sobie ze scenami mieszającymi światła z cieniami.
Test ostrości wykonałem nieco inaczej, sprawdzając równocześnie problemy na kontrastowych krawędziach. Z obu zagadnień obiektyw wyszedł zwycięsko.
Uruchomiłem tryb auto, jak się okazało — pracujący już bardzo nierówno. W tym przypadku jednak wciąż materiał okazał się użyteczny.
Niestety bywało gorzej. Mimo jasnej sceny obiektyw został otwarty, co widać po głębi ostrości i materiał został prześwietlony.
I na koniec ujęcie niezbyt interesujące, ale pokazujące skalę problemu braku kontroli nad parametrami. Po wymuszeniu trybu ręcznego, przy czasie 1⁄30 sekundy dla tak jasnej sceny dostajemy prześwietlenie, a do tego zdjęcie jest poruszone.

I tym nieciekawym wnioskiem należałoby podsumować Zorkij 10. Niezły potencjał, zaklęty w ślicznej, choć może mało ergonomicznej budce, zmarnowano. Ze względu na użycie w światłomierzu selenu, który po kilkudziesięciu latach zdegradował się, tym aparatem nie zrobi się powtarzalnych zdjęć o prawidłowym naświetleniu. A szkoda wielka ze względu na ciekawie pracującą optykę, której nie znajdziemy nigdzie indziej. Aż kusi, by wydobyć szklane serce i zaimplementować do jakiegoś współczesnego systemu. Lecz z drugiej strony — jak tu zniszczyć taki piękny przedmiot?